• Strona główna
  • Aussie Slang
  • Australia & Sydney
  • O Nas

Aussie Dream

Słońce, kangury, przygoda…

Kanały:
Wpisy
Komentarze
« Bula!
Dom na kółkach »

Na krańcu świata

23/12/2010 Autor: pawkus

To nie będzie łatwy wpis. Właśnie jesteśmy w samolocie z Auckland do Sydney. Po 14 dniach wracamy z Nowej Zelandii. Jak się udało? Udało się fantastycznie, wszystko dopisało… ale o tym później. Nasz wyjazd do Nowej Zelandi zaczął się od najgorszego dnia w Sydney, jaki do teej pory mieliśmy. Od samego rana lał deszcz, a my byliśmy w proszku i lataliśmy jak poparzeni, żeby wyrobić się ze wszystkim na czas. W wyniku niebywałego pecha 2h przed wyjazdem na lotnisko bankomat zjadł mi kartę kredytową, na którą mieliśmy wszystko zamówione. No to problem, szybko do banku, gdzie informują nas, że nic nie mogą zrobić. No nic, wracamy do domu i dzwonimy do naszych dwóch wypożczalni samochodów, Apex’u i Maui, żeby zmienić kartę na Kaliny, udaje się. Tracąc na to jakies 1,5h zostało nam 30 min i było to bardzo nerwowe 30 min. Robiąc ostatnie porządki, gdy wchodziłem na strych wysunął mi się laptop Kaliny, który niczym piłka na fliperach odbijał się od schodów i porączy, aby ostatecznie spotkać się z podłogą. Cud, że nie rozpadł się na pół. Ale zniszczenia były widoczne, czy będzie działać to się zobaczy. (Przypis: okazało się, że jest pancerny – działa i ma tylko ryski!)
Po jeszcze kilku kłopotach na lotnisku, udaje nam się szczęśliwie dolecieć do Christchurch, gdzie odbieramy nasz zamówiony Nissan Wingroad. Mają tutaj ciekawy zwyczaj, samochód stoi na publicznym parkingu z wielką kartką “Apex welcomes Paweł Kusiak”. Kluczyki są w środku, samochód otwarty. W Polsce nie-do-pomyślenia! Baliśmy się bardzo o jakość samochodu, bo przez najbliższe 7 dni miał być nam domem i transportem. Zaskoczenie bardzo miłe, bardzo ładny nowy samochód, kombi, pełen automat. Zaraz, zaraz… my nigdy nie używaliśmy automatu. Jedyne co wiemy, to że P to sie stoi, D to się jedzie, a R to się cofa :) Po krótkiej nauce na parkingu szybko łapiemy, jak to wszystko działa i pełni zapału ruszamy na kompletnie puste drogi Południowej Wyspy. Jest godzina 24, gdzie jedziemy, tego jeszcze nie wiemy!
Nie sposób, żebym dokładnie opisywał każdy dzień i każdą atrakcję, którą widzieliśmy bo niezbyt mi się chce to robić, a i czytać by się nikomu nie chciało. Postaram się więc opisać jakieś największe atrakcje i generalne spostrzeżenia.
Południowa wyspa jest miejscem bardzo ciekawym i niezwykle różnorodnym. Pierwszą rzeczą, o której warto wspomnieć, to jazda samochodem. W sumie przejechaliśmy ponad 3 tyś km po każdym typie drogi. Przyjemność z jazdy jest ogromna. Drogi są dobrze przygotowane a widoki zapierają dech. Naprawdę, jeśli człowiek chciałby w każdym ładnym miejscu zrobić zdjęcia, to trzeba stawać co 3 min. Jeździ się po cudownych serpentynach w wysokich górach lub w kompletnie zielonych dolinach z delikatną trawką, pagórkami i owcami. Kilka tras wymagało faktycznie jakichś tam umiejętności, bo np bywały bardzo strome zjazdy z 40 zakrętami po 180 stopni z rzędu. Z drugiej jednak strony ludzie jeżdżą bardzo spokojnie, nikt nie wariuje, a co chwilę są pasy do wyprzedzania. Nasze kombi spisywało się świetnie. Automat jednak ułatwia sprawę, bo tutaj ruszanie pod górkę, wyjazdy strome na autostrady z parkingów są normalnością. Poza tym sam redukuje biegi w górach, więc człowiek nie ma się czym przejmować.
Wróćmy jednak do naszej wyspy. Pierwszej nocy zdecydowaliśmy się pojechać nieco w głąb wyspy, w stronę gór, aby od rana gdzieś pójść. Dosyć losowo zjechaliśmy pod las i spaliśmy na pace naszego kombi, dosyć twardo, bo mamy tylko śpiwory, ale wygodnie. Z samego rana budzi nas deszcze – no tak, to Nowa Zelandia, jeszcze TA wyspa, to przecież kraina deszczu i wiatru. Na szczęście to był ostatni taki poranek… :)
Od tego momentu aż do końca wyjazdu pogoda dopisywała nam w 99% przypadków, co jest bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, z którego można się cieszyć. Dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć widoki, które nie zawsze są widoczne dla turystów. Pierwsze wrażenie po chwili jazdy w dzień, to zieleń, kwiaty, owce (oczywiście) i góry. Przy drogach morza kwiatów w różnych kolorach, a na pięknych wzgórzach widać soczystą zieleń traw i drzew wraz z owcami, jeleniamia i krowami. Z czasem dojeżdżamy do pierwszego z wielu pięknych jezior. Scena jak z bajki, piękne turkusowe jezioro, lekkie chmurki, błękitne niebo a w oddali Alpy z górującą Mt Cook, najwyższą górą Tej części świata. Po setkach zdjęć decydujemy sie na spacer na pobliską górę, aby obejrzeć widoki. Zupełnie przypadkiem okazuje się, że owa góra jest jednym z najlepszych punktów do obserwacji gwiazd i jest miejscem, gdzie jest się najbliżej nieba. Na dodatek jest to miejsce z najczystrzym powietrzem na półkuli południowej. No cóż, nie ukrywamy, było pięknie. Opisywanie nie ma zbytnio sensu, warto zobaczyć zdjęć, która i tak nie do końca oddaję tego, jak pięknie łączyły się tam kolory.
Z przewodnika wiedzieliśmy, że warto poszukać wjazdu na nieco dziki camping nad jeziorem Pukaki. Nieco przypadkiem udało się go znaleźć i tutaj to dopiero były widoki. Cudowne jezioro z Mt Cook, górującą nad nim oraz cała panorama Alp. Na campingu nie ma nikogo, a my my już nieco wczorajsi postanawiamy się umyć pod kranem, który wystaje z ziemi. ‘Tutaj nigdy nikt nie zagląda’ mówimy do siebie i rozbieramy się do rosołu. Głupim sprzyja szczęście, bo 5 minut po ubraniu się przyjeżdża jeden samochód, a po chwili cała wycieczka mały autokarem. Nie zmienia to faktu, że miejsce było cudowne w każym calu, a wieczorem oglądaliśmy zachód słońca pijąc białe wino, z którego Nowa Zelandia słynie.
Kolejnego dnia zaliczyliśmy rownież kąpiel w lodowcowym jeziorze, Kalina w całości, ja tylko do pierwszego wrażliwego miejsca na moim ciele :) Zobaczyliśmy również bardzo malownicze gliniane klify, gdzie w dziuplach mieszkały tysiące ptaków. Opis brzmi tak sobie, ale każde z tych miejsc było piękne i nie sposób wszystkiego napisać. Pod wieczór planowaliśmy oglądać pingwiny w Oamaru. Misja zakończyła się sukcesem. Widzieliśmy jak wracają do gniazd pingwiny żółtookie, a jednego nawet udało się obejrzeć z jakiś 10 m. Trzeba zaznaczyć, że są to bardzo zagrożone wyginięciem zwierzęta i bardzo płochliwe, więc ogląda się je z daleka.
Straszliwie zmarzliśmy podczas tego oglądania, ponieważ na południowej wyspie bryza od morza bywa zimna. Jednakże tego dnia nadal planowaliśmy pójść, już w nieco bardziej sztucznych warunkach, obejrzeć najmniejsze pingwiny na świecie, niebieskie. Ważące okolo 1kg. Kupiliśmy bilet za 20 $ i usiedliśmy jak w teatrze, aktorzy pojawili się szybko i w dużych ilościach. Od 20 do 22 do gniazd wróciło około 250 pingwinów, w grupach co kilkanascie minut. Wyglądają bardzo komicznie, jak starają się nieporadnie wbiegać po skałach. Potem posłuchaliśmy jak pingwiny śpiewają i pooglądaliśmy je w pomarańczowym świetle w naturalnym środowisku (pingwiny nie widzą pomarańczowego, więc dla nich było ciemno).
Kolejny dzień był dosyć długi męczący ponieważ mieliśmy bardzo dużo kilometrów do przebycia a i dużo do zobaczenia. Jedziemy na najbardziej południowy koniec wyspy, gdzie nie ma zasięgu, nie ma nikogo, jest tylko przyroda. Po drodze robimy szybki postój w malowniczym mieście Dunedin, która do złudzenia przypominało mi Aberdeen ze Szkocji, jak się okazuje, miasto ma silne szkockie korzenie. Po postoju na szybkie zwiedzanie Dunedin i uzupełnianie zapasów w markecie udajemy się do The Catlins, koniec świata na końcu świata. Drogi tutaj są cudowne a widoki nie do opisania. Zaciągamy języka w jednej z wielu informacji turystycznych (Kraj ten jest w 120% przygotowany na turystów, informacje są wszędzie, z mapami, broszurami i ciekawostkami).i udajemy się kolejno na Nugget Point, gdzie mamy idylliczną latarnię na zielonym wzgórzu z pięknymi skałami wokół których skaczą delfiny Hooker’a. Potem zgodnie ze wskazówkami jedziemy oglądać słonie morskie na jedną z lokalnych plaż, niestety, nie spotkaliśmy żadnego, może następnym razem! Jeszcze tylko jeden z wielu wodospadów w okolicy i możemy spokojnie szukać noclegu. Jeździmy przez miasta-duchy, gdzie nie ma nikogo na ulicach, tylko hula wiatr. W jednej z miejscowości zatrzymujemy się w lokalnej knajpie na burgera, na którego musimy czekać zbyt długo, a nie smakuje wcale jakoś bardzo dobrze. Po dłuższej chwili udaje nam się znaleźć nocleg na samiutkiej plaży w Riverton, jednej z najbardziej wysuniętych na południe plaż. Morze szumi, mewy się drą, jest pięknie. Idziemy spać wcześniej, bo jutro wielka atrakcja, Fiordland!
Zacznijmy od tego, Fiordland jest drugim najbardziej mokrym miejscem na świecie, po górach w Thaiti. Tutaj rocznie spada 7m desczu! Ale nie znami te numery. Niebywale malowniczą drogą z samego rana wjeżdżamy w krainę wielkich zboczy, pięknych dolin, kwiatów, potoków i sandflies (dużych meszek).Ja wiem jedno, nie umiem opisać jak to cudownie wygląda przy bezchmurnym niebie. Nie wiemy gdzie patrzeć, tyle jest cudownych miejsc. Docelowo mamy dojechać do Milford Sound, jednakże we wcześniejszym mieście Te Anau decydujemy, że tak piękny dzień spędzimy na spokojnie, a jutro zaatakujemy fiordy. Z wielką radością bierzemy kąpiel w jeziorze polodowcowym, a potem wspinamy się na całkiem wysoką górę, gdzie widoki są fantastyczne. Wszystko układa się doskonale i tuż przed Milford Sound zatrzymujemy się na bardzo ubogim campingu, za którego płacimy 5$ od osoby. Nie ma na nim nic oprócz kibli… oraz cudownego Gunn Lake, na brzegu którego leniwie opalamy się, jemy i pijemy do końca dnia.
Pobudka dnia następnego była przykra, bo jeszcze trochę krętej drogi zostało do przejechania, a chcemy złapać pierwszy prom na fiordy. Ponownie wszystko udaje się cudownie i łapiemy pierwszy prom Discovery o 9.15, miła niespodzianka, śniadanie w cenie. Tego dnia pogoda nie jest idealna i chwilami pada deszcz. I bardzo dobrze. Fiordy są wtedy piękne. Po pionowych zboczach płyną setki potoków a do okołoa widać dziesiątki wodospadów. Postrzępione chmury stwarząją bardzo upiorną atmosferę… w takim klimacie udajemy się na 1.5h rejs. Straszliwie wieje, ale widoki są cudowne, przepiękne góry, wodospady, foki na nielicznych płaskich skałach. Bajka. Mimo zimnego wiatru całe 90 minut podziwiamy wszystkie atrakcje naturalnego cudu jakim jest Fiordland jedno z ostatnich, zupełnie nietkniętych miejsc na ziemi. Bardzo nieprzyjaznych, ale i bardzo pięknych.
Z Milford Sound nasza trasa prowadzi do Queenstown, mekki sportów ekstremalnych, najbardziej snobistycznego kurortu górskiego w NZ. Kalina zgłasza się na ochotnika i nieco z duszą na ramieniu (chwilami) lecz bardzo pewnie pokonuje górskie drogi fiordów i tak oto, po kilku godzinach i nieskończenie wielu cudwonych widokach, jesteśmy na miejscu. Tego dnia święto, śpimy w hostelu, czas podładować akumulatory i wziąć prawdziwy prysznic! Ale my nie o tym… Miasto zaskakuje nas bardzo pozytywnie, jest zadbane w każdym calu, bardzo stylowe, piękne. Z wielką przyjemnością snujemy się po sklepach i parkach, spokojny dzień nam się przydał. Co więcej, za radą naszej recepcjonistki udajemy się na Ferg Burgera, podobno najleszpego na świecie i trzeba przyznać, że jest cudowny. Ja mam dylemat czy wziąć małą owieczkę czy słodkiego jelonka (Little Lamby czy Sweet Bambi), decyduje się na sarnine i zjadam ją z wielką przyjemnością. Kalina bierze burgera z rybą (Codfather) i tak oto w porcie spożywamy nasz obiad :) Po mieście nie chodzimy zbyt długo, bo jutro czeka nas istny maraton, musimy przebić się aż do Pancake Rocks, zobaczyć lodowiec i parę innych rzeczy.
Dzień zaczynamy Arrowtown pod Queenstown gdzie mamy świetnie zachowane miasto z czasów gorączki złota. Budynki są kapitalne, a atmosfera bardzo ciekawa. Takiego miasteczka jeszcze nie widziałem. Po paru ładnych godzinach jazdy w końcu docieramy do lodowca Franz Josef. Zanim jednak to się stało, dokonujemy jednego z najlepszych wyborów w życiu i zajeżdzamy na farmę łososia. Nie chcemy jeść drogich dań, więc kupujemy ładny kawałek wędzonego na zimno łososia, świeży chleb i okazuje się połączeniem doskonałym. O samym smaku tego łososia mógłbym zrobić osobny wpis. Nigdy nie jadłem tak dobrej, pełnej smaku ryby, przy okazji tak rozpływającej się w ustach. Coś niesamowitego. No ale po tej uczcie pod lodowcem wybieramy się na jego podbój. Żaden to tam podbój, bo trasa jak dla emerytów, ale mimo lekkiej mrzawki po około 40 min dochodzimy do lodowca. Robi duże wrażenie, a jest to lodowiec ciekawy, bo jest zaledwie 250m npm. To bardzo mało jak na lodowiec, poza tym ciągle przyrasta, jest położony w środku lasu deszczoweg, a do około latają górskie papugi. Tutaj wszystko jest kompletnie popieprzone i do góry nogami :) Około godziny 17 wyruszamy dalej, a drogi przed nami dużo. Ja tego dnia prowadziłem około 10h i przejechałem ponad 700km, głównie po górach. Pod koniec dnia czekały nas skały-naleśniki, które okazały się bardzo ładne, szkoda tylko, że pływ był niski bo nie było słychać blowholes (dudniących skał), z których są znane. Gdy kończyliśmy zwiedzać Pancake Rocks było już ciemno, a my nadal nie wiemy, gdzie śpimy. Przez przypadek udało nam się znaleźć małą dróżkę, która to nas wyprowadziła w bardzo ustronne miejsce nad samiutką plażą.
Ostatni dzień naszego pobytu sprowadzał się głównie do przebicia się przez Arthur’s Pass do Christchurch, gdzie wieczorem odbieraliśmy rodzinę Kaliny. Oczywiście widoki były piękne, ale zdecydowanie najfajniejszym doświadczeniem było spotkanie Kei, jednego z symboli NZ. Jest to papuga, która żyje wysoko w górach i jest ich tylko 5 tyś sztuk. Niestety jest bardzo szczwana i lubi ludziom kraść jedzenie, co często ją zabija. Nam udało się ją zobaczyć (4 sztuki) na jednym z punktów widokowych około 1500 mnpm.
Tak oto po 7 dniach wróciliśmy do Christchurch, które jest ładnym miastem, ale bez szału. Nadal widoczne są skutki trzęsienia ziemi, które było to parę miesięcy temu. Zrobiliśmy sobie, krótki spacerek, skoczyliśmy do hinduskiej restauracji na jakieś curry i zakończyliśmy przygodę z wyspą południową. Coś się kończy coś zaczyna, czas na wyspę Północną, krainę wulkanów.
Jak mógłbym podsumować południową część NZ? Przede wszystkim przestrzeń i przyroda. Za każdym zakrętem kryje się zakątek, który w Europie byłby parkiem narodowym. Niesamowite ilości tak pięknych miejsc, że nawet ciężko to opisać. Spokojnie można by tu spędzić i 2 miesiące. Nam jednak udało się w 7 dni zrobić całkiem pokaźne kółko i zobaczyć kilka ‘hitów’. Jesteśmy całkowicie zadowoleni z trasy i pogody, która nam dopisała. Nowa Zelandia przyjęła nas z otwartymi rękami a my również daliśmy jej buzi :)
Kończe wpis, powoli samolot zaczyna lądować w Sydney, a poza tym chyba zaczynam przynudzać. Żaden opis tego nie odda, trzeba tego dotknąć, zobaczyć i doświadczyć. Relacja z drugiej wyspy niebawem!

Pozdrawiam!

Zdjęcia :)

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/NowaZelandiaWyspaPoUdniowa?authkey=Gv1sRgCP7A8YaW9oWliQE#

Dodaj do ulubionych:

Lubię
Bądź pierwszą osobą, która doda ten do listy ulubionych.

Napisane w sydney | Dodaj komentarz

  • Archiwa

  • Linkowisko

    • Australia Online
    • Czas w Sydney
    • Podróż Freda
    • Pogoda w Sydney
    • Sydney News
  • Najnowsze wpisy

    • Podróż do przeszłości
    • Highway to HELL!
    • Czasem słońce, czasem deszcz!
    • Tańczący z Wombatami
    • Lepka kraina

Blog na WordPress.com.

Theme: MistyLook by Sadish.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Silnik: WordPress.com