Zawsze chcieliśmy to zrobić. Już gdy jeździliśmy na bilecie Interrail po Europie, z ciężki plecakami na naszych barkach, spoceni i zmęczeni, zawsze powtarzaliśmy sobie – tak podróżować, to by było coś. Wolność jak z plecakiem, a wygoda jak w hotelu. Nasze pragnienia spełniły się na wyspie północnej na Nowej Zelandii. Ale od początku… Po zakończeniu zwiedzania wyspy południowej, udaliśmy się do Christchurch, aby odebrać rodziców Kaliny z siostrą z lotniska. Oczywiśćie naczekaliśmy się na nich ponad 1,5h ponieważ, bardzo sptrytnie, chcieli nam przywieźć kanapki z Sydney (nowozelandzka służba celna jest chyba najbardziej rygorystyczna na świecie) i w rezultacie przetrzepali im całe walizki, a my czekaliśmy i czekaliśmy! Szczęśliwie udało nam się wyruszyć około 24.30 do Picton (około 350 km), z którego mieliśmy z samego rana prom. Droga w sumie była fajna, kręta i w całkowitych ciemnościach oraz przy padającym deszczu. Najgorsze było to, że po dociążeniu maksymalnie naszego samochodu (5 osób plus bagaż) nasze światła zaczęły oślepiać kierowców jadących z naprzeciwka, co zaowocowało tym, że każdy z mijających nas TIRów (setki) migał nam długimi i nas oślepiał. Jednakże, około 5.30 rano dotarliśmy do celu, gdzie czekaliśmy już na prom do Wellington.
Sama podróż promem była okej, fajnie było wyjść na pokład i pozmagać się z bardzo silnym wiatrem i bujaniem na falach (Wellington uważane jest za jedno z najbardziej wietrznych miejsc na świecie). Podróż minęła szybko i sprawnie choć byliśmy bardzo zmęczeni (zwłaszcza ja z Kaliny Tatą, gdyż całą noc na przemian jechaliśmy) i tylko Jaśmina zaliczyłą ‘kontrolniaczka’ w wyniku kołysania promu.
Na przystani promu musieliśmy złapać taxi, ponieważ nasza wypożyczalnia camperów była daleko poza miastem. Jakonże taxówka musiała być na 5 osób, to wybraliśmy dziwnego vana… Co to była za jazda. Kierowca miał okulary-lenonki, siwy kucyk do pasa i błędny wzrok, cały van w środku był w symbolach jakiegoś dziwnego kościoła, lampkach i choinkach, wszystko migało i było absolutnie niepowtarzalne. Okazało się jednak, że na miejsce trafiliśmy bez pudła, a nasz szalony kierowca był bardzo miły.
Kolejny szok przeżyliśmy w wypożyczalni. Pierwsze słowa na recepcji brzmiały “macie dzisiaj szczęście”! Dlaczego? Otóż nie ma już zamówionego przez nas campera na składzie, więc dostaniecie najnowszy model mercedesa ze wszystkimi bajerami, jakie są na rynku :) Czemu nie! Gdy jednak podjechał nim kierowca, to mina nam zrzedła, gdyż było to ogromny samochód, ultra nowoczesny. Obejrzeliśmy instrukcję obsługi (zero doświadczenia z camperami), podpisaliśmy setki dokumentów i Kaliny Tata, jako ochotnik, pojechał naszym nowym domem na kółkach. Pierwsze wrażenie to, że jest to ogromna przestrzeń w środku, duże, wygodne łóżka, dvd, lodówka, zamrażarka, piekarnik, kuchnia, prysznić, klop… wszystko. Druga, że strasznie głośno jak się jedzie, bo cały czas brzęczy i stuka zastawa. Bardzo podekscytowani ruszamy przed siebie, w bliżej nieokreślonym kierunku.
Pierwszy dzień zaczęliśmy dosyć późno więc przemieściliśmy się tylko na północ w stronę wybrzeża i zwiedziliśmy parę miasteczek, z których w pamięć zapadło nam Foxtone. Co jest charakterystczyne, to bardzo szerokie ulice i absolutny brak ludzi, godzina 17 i jakby przez miasto przeszła dżuma, nikogo nie ma. Wygląda to fajnie i sprzyja zwiedzaniu :) gdy zaczęło się robić ciemno, musieliśmy znaleźć nocleg. Polegając na GPSie kluczyliśmy po małych drogach i trafiliśmy na plażę, gdzie campingy był całkowicie zakazany i były różne szalbany. Nie chceliśmy żadnych kłopotów, więc ruszaliśmy dalej. Udało sie gdzieś zjechać i zaparkować około 22.30. Szału nie było, jeśli chodzi o miejsce, bo jak się okazało rano (a właściwie trochę wcześniej) mieliśmy 5m do torów i 5 m do autostrady, ale co tam, przygoda :). Tego wieczora widzieliśmy również przepiękne gwiazdy i jedliśmy pyszne steaki, mojego autorstwa (potem jedliśmy je codziennie :D). Trzeba przyznać, że jak 5 osób jest zmęczonych i nie może znaleźć miejsca do spania to amtosfera robi się nerwowa, tak też było w tym przypadku. Wtedy jednakże, widać jaką swobodę daje camper. Masz własną kuchnię, łazienkę, wodę i spanie. Stanęliśmy, gdzie chcieliśmy i bardzo wygodnie przespaliśmy noc.
Następnego dnia dzień był intensywny. Ruszyliśmy w stronę wulkanu Mt Egmont, który do złudzenia przypomina Fuji. Faktycznie, pogoda cudowna i z daleka dostrzegamy idealny stożek stratowulkanu. Pięknie ośnieżony i symetryczny. Szybko wybieramy miejscowość do której jedziemy, pada na Dawson Falls i po paru godzinach znajdujemy się na niezwykle malowaniczej, wąskiej drodze w nowozelandzkiej dżungli i docieramy pod stok wulkanu. Nie mamy czasu podjąć próby wdrapania się na niego, ale korzystamy z kilku okolicznych szlaków i robimy klasyczny bushwalking. Po drodze udaje nam się wejść pod wodospad i zrobić parę fajnych fotek. Pogoda dopisuje idealnie, nas jednak goni czas, wsiadamy więc do campera, zapominając oczywiście o zamknięciu szafek, które na pierwszym zakręcie huczą jak oszalałe! Kolejny cel, autostrada zapomnianego świata. Nazwa jest bardzo odpowiednia, gdy w Stratford mijamy ostatnią stację benzynową, wjeżdżamy w inny świat. Po chwili droga robi się wąska i kręta, a widoki cudowne i sielskie. Setki tysięcy owiec, wzgórz, lasów i puszczy. Wielkie paprocie i palmy. Od razu wiemy, że odcinka długości niecałych 200km nie uda nam się zrobić w jeden dzień! Droga wije się jak student po połowinkach i prędkość nie przekracza pewnie 30h, a do tego chybotliwy camper… Tata Kaliny podczas jazdy cieszy się jak mały chłopiec, który spełnia marzenie bycia rajdowcem w ciężarówce. Po drodze spotykają nas dwie bardzo fajne rzeczy, po pierwze w pewnym momencie na drogę wybiega z 500 owiec i otaczają nasz camper. Właściciel i psy próbują je zagonić do zagrody, a one i tak beczą w okół nas, piękny widok. Po drugie zatrzymujemy się w miejscowośći Whangamomona na piwo i kawę w miejscowym pubie. Miejsce zapomniane przez świat, w środku sami lokalni farmerzy i niepowtarzalna atmosfera. Obsługuje nas niezwykle miły barman, który z ciekawością słucha dlaczego do jasnej cholery jesteśmy po środku niczego na wakacjach i to do tego z kraju na drugim końcu świata. W pubie zbierają pieniądze z całego świata, więc podpisujemy sie wszyscy na 20 PLN i przybijamy na ścianie, ot nasz znak na końcu świata.
Tegoż samego dnia udaje nam się znaleźć bardzo urokliwy, darmowy camping nad piękną rzeką. Sceneria jest bajkowa, po drugiej stronie rzeki biegają dzikie kozice, a w lesie skrzeczy brązowe Kiwi (niestety nie wiemy, który to dźwięk, bo skrzeczy wiele ptaków).
Kolejny dzień to prawdziwe wyzwanie, dzisiaj idziemy na Tongariro Alpine Crossing, naszym celem jest zobaczenie wulkanów i krajobrazu księżycowego. Rodzice Kaliny, mimo wielkiego zachwytu przyrodą na NZ są zestresowani, bo nasza trasa to około 16km i 8h marszu. Startujemy z samego rana z Mangetepopo i idziemy w stronę malowniczego wulkanu Mt Nagauruhoe. Trzeba przyznać, że trasa mimo iż długa, to jest niezwykle malownicza. Z jednej strony piękne wodospady pod którymi nieco się chłodzimy, z drugiej piękne widoki i jęzory lawy po wybuchu z lat 70′, po których idziemy do góry. Po kilku godzinach wdrapujemy się do południowego krateru, gdzie robimy przerwę techniczną na sardynki i tuńczyka z puszki. Pogoda piękna, ale wieje koszmarnie. Zaczynaliśmy od szortów, a teraz mamy na sobie wszystko, co się da. Naszym celem było zobaczenie jezior wulkanicznych, a do nich jeszcze kawałek. Idziemy więc dalej w stronę Mt Tongariro. Po około godzinie walki z sypką glebą, kamieniami i wiatrem udaje się nam dotrzeć do celu. W nosie mamy wielkie zatyczki z pyłu wulkanicznego, wiatr dosłownie nas przewraca, ale całą grupą udaje nam się wejść na 2000 m. Kaliny rodzinka, mimo iż wyczerpana, to bardzo z siebie zadowolona, podziwia widoki, którę są nie z tego świata. Kolorowe jeziora, kolorowe skały, kratery, dymiące otwory… to wszystko składaj się na krajobraz rodem z Marsa. Robimy dziesiątki fotek i zaczynamy wracać do naszego campera. Powrót jest bardzo nużący i długi ponieważ mamy około 8 km w dół. Ja czuje kolano i mam rozwalone buty, a inni również zmęczeni i obolali. Po około 2h udaje nam się dotrzeć do campera. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale to był piękny dzień. Dzisiaj, już nie śpimy na dziko. Udajemy się prosto nad największe jezioro w NZ, jezioro Taupo, tam śpimy na luksusowym Top 10 Holiday Park, gdzie ładujemy baterię w camperze i bierzemy kąpiel w termalnym basenie. Jutro kolejny wielki dzień, największa atrakcja wyspu północnej, Rotorua i okolice.
Czym jest Rotorua? To jeden z najbardziej aktywnych wulkanicznie obszarów na ziemi. Czuć ją zanim się zobaczy. Gdy jedziemy autostradą to z daleka widać opary unoszące się z lasów, to źródła termalne, może lawa, a może poprostu gejzery. Wejście do każdego z parków jest dosyć drogie, więc my po przeczytaniu opisów w Rough Guide decydujemy się na Wai-o-Tapu Geothermal Wonderland. Podobno najlepszy z parków.
Pierwsza atrakcja to sławny gejzer Lady Knox. Sprawa jest niby trochę dęta, bo sam gejzer wybucha co 24 do 72h, natomiast, żeby ludzie to widzieli, to wybuch jest stymulowany codziennie o 10.15. Jak? A za pomocą płatków mydlanych. Jeden z rangerów wrzuca do środka garść płatków i w wyniku zmiany napięcia powierzchniowego ciepła woda miesza się z zimną, gdzieś tam w komorze i gejzer eksploduje na 20 m w górę. Jak dla mnie bomba, wygląda bardzo efektownie. Po lady Knox udajemy się do parku geotermalnego. No a tutaj cuda świata i inne dziwy. Gotuje się błota, rzeka z wrzącą wodą, bulgoczący arszenik, żółta siarkowa jaskinia i wiele innych. Chodzimy nieco jak zaczarowani i z uśmiechem na ustach wdychamy opary o zapachu zgniłych jaj. Oczywiście mamy niedpartą pokusę sprawdzenia, czy ta blugocząca woda w dziurze to serio jest gorąca i wkładamy do niej palce, wyjmując je po sekundzie z długim “ajjj”. Kaliny mama przysiada również na kamieniu, wstając z piskiem po chwili. Co się okazuje, z małej dziurki jak z czajnika wali gorąca para. W innym miejscu natomiast czujemy jak ciepło przebija przez sandały i zdejmujemy je. Ziemia ma spokojnie z 50C, nie można ustać w miejscu na bosaka. Pod nami płynie lawa! Pare godzin chodzimy i zwiedzamy ten zupełnie odlotowy park. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Ale to nie koniec, znajdujemy ulotkę, że gdzieś obok (10km) jest camping, gdzie jak się zatrzymamy, to mamy darmowe baseny z ciepłymi źródłami. Nie wahając się ani chwili jedziemy w to miejsce i zatrzymujemy się na noc, 20 $ od osoby a wejście na baseny normalnie kosztuje 16$, to jest okazja. Nie dłużej niż po 20 min już jesteśmy w termalnych basenach gdzie woda ma od 32C do 42, w zależności, który się wybierze. Co to za błogość, wszyscy z sennośćią na twarzy oglądamy lokalne drzewa, słuchamy szumu wrzącego strumienia gdzieś obok i relaksujemy się pare godzin. Wieczorem jedziemy jeszcze zobaczyć miasto Rotorua, gdzie po krótki spacerze lądujemy w pubie, z muzyką na żywo. Mimo, iż kolejnego dnia chcemy rano wyjechać, to jeszcze około 7 rano, przy wschodzącym słońcu plsukamy się w naszym SPA i patrzyma jak para unosi się nad naszym basenem. Szczypta luksusu jest czasem potzrebna :)!
Kolejny cel to Bay of Plenty na północy wyspy. Czas pokazać Rodzinie Kaliny plaże! W sumie zwiedzamy dwie, Papamoa Beach pod Tauranga i Waihihi Beach pod Waihihi. Obie z nich są bardzo ładne, a my czas spędzamy relaksując się w pełnym słońcu i skacząc przez fale w całkiem ciepłym morzu. Tak leniwie mija nam dzień na zwiedzaniu wybrzeża i oglądaniu luksusowych osiedli w tym najbardziej rozwiniętym zakątku NZ.
Tego wieczoru zmierzamy już w stronę Auckland i szukamy fajnego miejsca do spania. W pewnym momencie na brzegu zatoki widzimy rząd około 30 camperów, zjeżdżamy więc w okolicach Kaiaua i rozbijamy się nad zatoką Firth of Thames. Widok cudowny, wielka równina pływowa na około 300m w głąb zatoki. Ja w przypływie radość chcę iść w stronę wody i okazuje się, że po kostki zapadam się w szlam tak lepki i śmierdzący, że szkoda gadać :) Nie zmienia to jednak faktu, że jest pięknie! Co ciekawie, jest to jedno z niwielu miejsc, które całkowicie zbudowane jest z muszelek. Nie ma ziemi, nie ma piesku, cały półwysep jest z muszelek małż i ślimaków. Wygląda to bardzo abstrakcyjnie. Tak oto z cudownym zachodem słońca spędzamy ostatnią noc w naszym camperze. Kolejnego dnia z żalem się zbieramy i jedziemy do Auckland, gdzie poruszanie się camperem okazuje się koszmarem! Udaje się jednak gdzieś zaparkować. Mamy 2h w mieście, więc po krótkim spacerze udajemy się na Sky Tower, żeby zobaczyć panoramę tego malowniczego miasta. Wieża ma 328 m, więc widok zapiera dech i daje nam pojęcie jak wielkim miastem jest Auckland, jak dużo ma wysepek i zatoczek. Po jakiś 40 min wracamy na ziemię i udajemy się oddać campera i na lotnisko.
Tak skończyły się nasze dwa tygodnie na Nowej Zelandi. Kraj ten niczym nas nie rozczarował, opinia, że jest to raj na ziemi nie jest przesadzona. Mimo, iż jest to kraj rozwinięty, to jednak są tu zakątki nietknięte, zupełnie dzikie. Można ich doświadczyć jeżdżąc samochodem po bezdrożach oraz autostradach. Jesteśmy zupełnie zachwyceni tym, co widzieliśmy i zachęcamy do odwiedzenia Nowej Zelandii, bo nikt, kto nie szuka zgiełku miasta jako rozrywki, nie będzie czuł się rozczarowany. Do wyboru dwie różne wyspy… a jednak piękniejsza od drugiej.
Słów kilka należy się również bohaterowi wyjazdu, camperowi. Sprawdził sie w 110%, daje poczucie swobody i bezpieczeństwa. Nie jest tak szybki, jak samochód, ale nie zamieniłbym go na nic innego, jeśli miałbym ponownie przyjechać na NZ. Śpisz jak w domu, ale to Ty wybierasz, gdzie jest Twój dom dzisiaj. Rewelacja!
Poniżej zamieszczamy trochę zdjęć; możliwe, że nie wszystkie są po kolei, ale w sumie co to za różnica :)