Planowaliśmy to odkąd pojawił się pomysł wyjechania do Australii. Wycieczka samochodem po kraju kangurów… to by było coś. W listopadzie kupiliśmy samochód, potem zwiedzaliśmy Fiji, Nową Zelandię, okolice Sydney, Cairns itd.. Kaliny rodzina wyjechała 2 stycznia, więc my postanowiliśmy, że nie ma na co czekać i 4 stycznia spakowaliśmy naszego Mirage i, obrawszy kierunek na Melbourne, ruszyliśmy Princess Highway w Australię.
Właściwie od samego początku naszym jedynym zmartwieniem była pogoda. Już wtedy w Queensland szalała powódź, a po tygodniu od naszego wyjazdu z Sydney po jednym z miast w Queensland przeszło jakieś śródlądowe tsunami, a Brisbane czekało na uderzenie największej fali od początku lat 70′. W reszcie wschodniej Australii też nie było kolorowo, bo praktycznie padało wszędzie, mniej lub bardziej. W żadnym stopniu nie przypominało to stereotypowego lata na Antypodach. Jednak że, jak wiele razy się przekonaliśmy, stereotypy o Australii są bardzo mylne. My jednak nie mamy wpływu na pogodę, więc się nie złamaliśmy i wyruszyliśmy!
Pierwszego dnia po dosyć żmudnym pakowaniu udało nam się wydostać z Sydney dopiero około 13, więc postanowiliśmy, że ciśniemy ile się da przed siebie i szukamy noclegu gdzieś za Jervies Bay, do której to wybrzeże już zwiedziliśmy w listopadzie podczas dwóch kilkudniowych wycieczek. Plan udało się wykonać bez większych problemów i po przejechaniu około 350 km zdecydowaliśmy, że zjeżdżamy z autostrady w Batemans Bay (kurort na wysokości Canberry, jeżdżą tam jej mieszkańcy) i zaczęliśmy szukać jakiegoś zacisznego miejsca na dziki camping. Z jednej strony dziki camping jest w Australii łatwy, bo są tu ogromne przestrzenie; z drugiej strony, gdy chcesz nocować przy wodzie, nad morzem lub w ładnym parku, to w dostępnych samochodem miejscach jest No Camping. Poza tym Australia jest bardzo pogrodzonym krajem, drogi bardzo często odgrodzone są płotkiem i nie ma zjazdów nad jeziora czy rzeki tak, jak w Polsce.
My jednak tego dnia mieliśmy szczęście! Po kilku nieudanych próbach zjechaliśmy na malutki półwysep Potato Point i tam krążąc znaleźliśmy idealne miejsce nad rzeką, która była przy okazji 100 m od oceanu i pięknej plaży, miejsce do campingu idealne i co ciekawsze, znajdowało się na drodze do jakiegoś drogiego campingu. Nie czekając długo, rozbiliśmy namiot, pospacerowaliśmy po okolicy i jako że robiło się ciemno, usiedliśmy przy winie słuchając ptaków, świerszczy i oglądając gwiazdy.
Mimo chłodnej nocy rano wstaliśmy pełni energii, bo na prawdę ciężko sobie wyobrazić lepsze miejsce do spędzenie nocy za darmo. Cudowne widoki, nikogo wokół… Udaliśmy się raz jeszcze na spacer po plaży (były ogromne fale, więc bez kąpieli) i w drogę – przed nami jeszcze wiele tysięcy kilometrów. Ciężko jest wybrać miejsca do zwiedzania w Australii z kilku przyczyn: po pierwsze, brak tu klasycznych zabytków, bo historia zbyt krótka; po drugie, wybrzeże piękne wszędzie; po trzecie, mnóstwo atrakcji przyrodniczych; po czwarte, są one w dużych odległościach. 50 km do takiego wodospadu, 100 km do innej doliny, 80 km do latarni morskiej i weź tu wszędzie pojedź. My jednak decydujemy się na podążanie za przewodnikiem Rough Guide i tak po zwiedzaniu kilku niezbyt ważnych mniejszych lub większych miasteczek, trafiamy do Tilba Tilba, uroczego miasteczka na południu Nowej Południowej Walii.
Miasteczko małe i nastawione na turystykę, wszędzie sklepy, ale z klimatem. Każdy budynek utrzymany w tej samej, drewnianej konwencji i w ciekawych kolorach, bo w mocnych błękitach, czerwieniach, pomarańczach itp. Oczywiście chodzimy i zwiedzamy różnego rodzaju sklepy z rękodziełami, piekarnie, sklepy z cukierkami gdzie sugusy są w wielkich kolorowych słojach, jak z filmów amerykańskich z XIX w.. Na chwile wchodzimy również do fabryki sera ABC Cheese Factory, gdzie po przetestowaniu wszystkich wyrobów kupujemy ser z ziołami, który tego dnia wraz z pomidorkiem będzie naszą kolacją.
Właściwie po Tilba Tilba zaczęliśmy jechać w stronę wybrzeża i kierując się do Victorii szukaliśmy jakiegos noclegu. Jako że pogoda dopisywała tego dnia wybitnie, to nie czekając długo zdecydowaliśmy się na 2h postój w Tathra, gdzie na ładnej plaży pokąpalismy się trochę, a co ważniejsze, wzięliśmy w końcu prysznic z mydłem, bo były takie przy plaży. Mimo, że bardzo byśmy chcieli, to jednak Tathra nie była dobrym miejscem na nocleg, bo sporo ludzi i dużo znaków, no camping.
Po jakiejś godzinie od wyjechania z Tathry okazało się, że o naszym noclegu zadecyduje policja :) Wjeżdżaliśmy właśnie na naszą ukochaną Princess Highway i po prawej widzimy, że policja ma łapankę z alkomatem; nie, żebyśmy coś pili tego dnia, ale nie chciało nam się tłumaczyć prawa jazdy (około 100$) i tak właściwie, to nasze prawka nie są ważne w Australii, więc staramy się nie zostać skontrolowanymi. Nie myśląc długo – Kalina, skręcaj w lewo! No i dojechaliśmy do Pambula Beach. Mimo, że pogoda się popsuła i musieliśmy założyć ciepłe ciuchy, to wieczór spędziliśmy miło, przy winie, szumie fal i w sumie ciepłym wietrze. Kolejna noc w naszym niewielkim samochodzie!
Następny dzień zaczęliśmy radośni i nieco obolali po spaniu w samochodzie. Szybko jednak przemieściliśmy się do miasta Eden, gdzie czekało na nas muzeum orek. W sumie było ono całkiem ciekawe, a głównym bohaterem było Old Tom, szkielet orki. Historia ta jest o tyle ciekawe, że Old Tom dowodził stadem orek, które pomagały zabijać wieloryby poprzez zaganianie ich do zatoki. Old Tom informował wielorybników, kiedy stado znalazło wieloryba. W nagrodę dostawał jego wargi i język. Dość makabryczne, ale prawdziwe!
Tego dnia opuściliśmy Nową Południową Walię i zaczęliśmy zwiedzanie Victorii! Cały czas jedziemy przez piękne lasy i pola. Przyroda bardzo się nie zmieniła od Sydney, ale widać coraz więcej pustkowi i farmerskich terenów. Po zwiedzeniu kilku miasteczek nadmorskich w celu znalezienia miejsce na camping, w końcu trafiamy do Bemm River. Obieramy drogę na Pearl Point. Bardzo złą, nieutwardzoną drogę, nawet chcieliśmy zrezygnować… I dobrze, że tego nie zrobiliśmy. Po jakichś 20 minutach wyboistej polnej drogi, dojechaliśmy do darmowego campingu, który znajdował się tuż obok rajskiej plaży. Zostajemy.
Co to było za miejsce! Sam camping w zacienionym buszu, dookoła mnóstwo papug i innych stworzeń, busz jak to busz – bzyczy i hałasuje. Ale ma to swój urok :) Po rozbiciu naszego małego obozowiska, idziemy na plażę. Pierwsze wrażenie, oj jak wietrznie. Drugie spojrzenie, w prawo i w lewo. Widać na jakieś 15 km i nikogo… piękna, piaszczysta plaża i ani jednej osoby oprócz nas. Tego oczekiwaliśmy od Australii!
Na Binn Beach spędziliśmy całe popołudnie i kawałek następnego dnia, głównie na drzemkach na plaży, robieniu zdjęć itd. Planowaliśmy przejechać przez kilka mniejszych miasteczek, zwiedzić je, a docelowo znaleźć camping gdzieś na 90 Milowej Plaży. Udało się bez problemu, piękny teren, darmowy camping, ładna plaża. Jedno małe ale… Gdy uśmiechnięci wyszliśmy z samochodu, miny nam zrzedły. W ciągu 1 minuty zaatakowały nas tysiące komarów, ale takich, że nie można było wytrzymać! Ja nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. W ciągu paru minut przyjęliśmy dawkę ukąszeń za co najmniej miesiąc. Oj nie, my tu nie zostajemy. Szybko wskoczyliśmy do samochodu i zupełnie w ciemno przejechaliśmy kilkaset kilometrów przez bezkresne pola, aby dotrzeć na McLaughins Beach. Na pierwszy rzut oka, szału nie ma. Ale po chwili okazuje się, że polanka jest, woda jest, jakiś szlak do chodzenia jest, więc czemu by tu nie zostać. Pochodziliśmy trochę po okolicy, obejrzeliśmy ładny zachód słońca i… schowaliśmy się przed komarami do namiotu :) W namiocie jeszcze długo oglądaliśmy piękne gwiazdy nad nami. Tego wieczoru, w akcie desperacji, kiedy już odjechali wszyscy ludzie z okolicy podjęliśmy udaną próbę umycia się całkowicie w 2 butelkach 1,5l wody, da się :]
Ostatni przystanek przed Melbourne to prawdziwa perełka – Wilsons Promontory Park. Jeden z najbardziej znanych parków w Victorii, piękny, dziewiczy i ekskluzywny, bo trzeba rezerwować miejsca (ograniczona liczba osób w tym samym czasie) z 6 miesięcznym wyprzedzeniem. Nam jednak udało się dostać zgodę na camping od ręki – tak oto jesteśmy w rajskiej krainie emu, kangurów, wombatów, wzgórz i lagun. Pogoda cudowna, spokojnie z 35C.
Camping przygotowany na tip top, jest wszystko, czego potrzebujemy, a nawet więcej (kino na otwartym powietrzu). Szybko ogarniamy, które szlaki chcemy obejrzeć i plany zwiedzania, plażowania i drzemania wprowadzamy w życie. Jest po prostu pięknie! Na BBQ robimy soczystego steaka, papugi polują na nasze pieczywo, kukabary drą się w lesie… idealny odpoczynek.
Ale dobre jaja zaczynają się wieczorem, pojechaliśmy na wskazane przez strażników miejsce oglądać emu i wombaty, oczywiście widzieliśmy tylko kangury, a co więcej, staliśmy pośrodku niczego w buszu, a obok nas stała… polska para :] Po powrocie z tej wycieczki stała się rzecz tak straszna, że szkoda gadać. Otóż, krótko mówiąc, zatrzasnęliśmy oba zestawy kluczyków w samochodzie. Nasze miny były nietęgie, mało nie skończyło się rozwodem (stało się to trochę z mojej winy)! Całe szczęście, że mieliśmy ze sobą kartę płatniczą i namiot rozłożony. Ale Kalina, była właśnie pod prysznicem i nie miała nawet majtek :] Trudno opisać, w jak fatalnym położeniu byliśmy. Do sensownego miasta z 150 km… No ale staramy się zachować spokój, jutro pogadamy z rangerami, może pomogą.
W międzyczasie atmosferę rozładowały wombaty. Gdy tak sobie w ciszy leżeliśmy, coś zaczęło kręcić się wokół namiotu. Dźwięk jakby wielka świnia wcinająca trawę. No i tak właściwie było, całą noc wokół naszego namiotu buszowały wombaty, wyrywając trawę, głośno ją żując, a na koniec chrumkając. W sumie było to bardzo zabawne, bo potykały się o linki i węszyły pod tropikiem.
Następnego dnia z samego rana poszliśmy do strażników, którzy w ramach pomocy dali nam druciany wieszak z przekazem „włamcie się albo wezwijcie pomoc drogową – 400$”. Na początku podjęliśmy rozpaczliwe próby włamania się, ale to tak jakby mi ktoś dał dwie igły i kazał otworzyć drzwi.
W ostatecznej rozpaczy krążliśmy po campingu szukając podejrzanych typów i pytając, czy nie umieją się włamać. O dziwo pomógł nam nasz sąsiad, ojciec 5 dzieci, które mu kibicowały :] Gmerał i gmerał tym drutem, aż go włoży do środka do samochodu i za pomocą małego haczyka złapał na drzwiach zapadkę i odchylił ją na tyle, że drzwi się otworzyły. Cud, radość, łzy, jakby Polska wygrała mistrzostwo świata w piłce nożnej. Co mogę napisać, to trzeba przeżyć! Ale już nigdy więcej, nigdy więcej takich stresów.
Całe szczęście, że ten dzień udało się uratować! Szybko się zebraliśmy i poszliśmy na piękną górę widokową, z której mieliśmy widok 360 stopni na cały park, coś pięknego. Pogoda zaczynała już powoli psuć, bo szło załamanie (front z Queensland), więc zrobiliśmy jeszcze kilka krótkich spacerów i rozpoczęło się Wombat Watch, czyli polowanie na wombaty. Pierwszego udało się zobaczyć jeszcze jak było jasno. W swój własny, ciapowaty sposób siedział pod jakąś przyczepą, wcinał trawę i drapał tyłkiem o jakąś rurkę :) tego wieczoru widzieliśmy jeszcze wiele wombatów i oposów ganiając po lokalnych krzakach z latarkami. Było bardzo fajnie.
Od następnego poranka zaczął się kolejny rozdział w naszej podróży, deszczowy rozdział. Namiot składaliśmy w ulewnym deszczu, co zaowocowało wielką kulą mokrego tropiku i błota w samochodzie. Nasz plan, Melbourne. Do miasta dostajemy się w miarę szybko, bo mamy z 200 km tylko.
Musimy znaleźć jakiś hostel, ale okazuje się to trudne, bo w informacji nie potrafią nam pomóc, a hostele z przewodnika są pełne. Pogoda jest pod psem, więc decydujemy, że robimy parogodzinny spacer po mieście i wieczorem uciekamy z niego. Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy. Uzbrojeni w parasolkę i kurtki idziemy na deszczowy spacer po deszczowym Melbourne.
Samo miasto wygląda nieco chaotycznie, ale robi dobre wrażenie. Szklane domy dobrze współgrają ze starą wiktoriańską zabudową. Podoba nam się kilka placów, stacja kolejowa, parę wieżowców. Tak właściwie, to jedynie rzucamy okiem na miasto, bo ciężko je zwiedzać przy tak fatalnej pogodzie. Spacer w deszczu po Melbourne kończy pierwszy etap podróży.
Kilka uwag po przejechaniu około 1300 km. Stereotypy o Australii, jako kraju typowo skupionego na plaży, są błędne. Znajduje się tu wiele ciekawych miejsc w środku lądu. Bardzo często jedzie się przez bezkresne pola, albo zbóż, albo pastwisk. Tak właściwie wygląda większość kraju (no poza pustynią, która stanowi WIĘKSZOŚĆ). Oczywiście, że na plaży zawsze jest ładnie, ale nie można poznać Australii nie zagłębiając się właśnie w tereny, gdzie królują samochody terenowe, krowy i kurz. My właśnie staramy się wypośrodkować naszą trasę tak, żeby poznać interior i jego charakter, ale też, żeby nadal co jakiś czas wypoczywać nad morzem.
Jak będzie wyglądać nasza dalsza trasa? Ciężko powiedzieć – katastrofalna powódź w Queensland zmieniła już nasze plany (mieliśmy wracać przez ten stan), a deszcze w Victorii i NSW też nie pomagają. Na razie jedziemy w stronę Południowej Australii, w najsuchsze z najsuchszych miejsc na tym kontynencie.
A oto nasze zdjęcia, niekoniecznie po kolei :)