• Strona główna
  • Aussie Slang
  • Australia & Sydney
  • O Nas

Aussie Dream

Słońce, kangury, przygoda…

Kanały:
Wpisy
Komentarze
« Tańczący z Wombatami
Highway to HELL! »

Czasem słońce, czasem deszcz!

22/01/2011 Autor: pawkus

Melbourne, drugie największe miasto Australii, jedno z piękniejszych i niezywkle kosmopolitycznych miast. Dla nas było nieprzyjazne. Nie dość, że nie było miejsca, żeby zanocować, to jeszcze padało, co skutecznie uniemożliwiało nam zwiedzanie. Zrobiliśmy jednak parugodzinny spacer i mamy wyobrażenie, jak wygląda Melbourne.
Nie udało się znaleźć noclegu w Melbourne, wiec postanowiliśmy, że jedziemy dalej. Leje, zapada zmrok, autostradą lecą szaleni TIRowcy :) Dobra, trzeba znaleźć jakiś nocleg. Długo nie czekaliśmy z decyzją i postanowiliśmy, że prześpimy się w samochodzie na przytulnym parkingu przy BP, gdzieś pod Geelong. Niespecjalnie mieliśmy wybór, bo już był zmierzch, a z uwagi na emu i kangury poruszanie się samochodem o zmierzchu jest dość ryzykowne. Miejsce jednak nie jest złe, mogło być dużo gorsze :)
Nieco wczorajsi budzimy się z samego rana, udajemy się na całkiem dobrą kawę w kawiarni przy BP i zasięgamy języka w informacji turystycznej o Great Ocean Road. Czym jest Great Ocean Road? Jest to absolutnie sztandarowa atrakcja turystyczna stanu Victoria, około 250 km drogi wijącej się wzdłuż pięknych plaż, ostańców, dolin… po prostu 5h wspaniałych widoków, które pod koniec trasy okraszone są 12-stoma Apostołami, jedną z najbardziej znanych formacji skalnych na świecie, ale o tym później…
Dowiedzieliśmy się, czego chcieliśmy, wszystko pięknie, tylko to stalowe niebo i ciężkie chmury, które tylko czekają, aby uprzykrzyć nam życie! Pierwszy przystanek to Torquay, miasto niby anonimowe. A jednak nie! Otóż znacie takie firmy jak Billabong, Rip Curl czy Roxy (nie jestem pewien co do Quicksilver)? Wszystkie chyba zostały założone właśnie w Torquay, dzięki czemu miasto ma jedne z najważniejszych zawodów surfingowych na świecie, muzeum i nieskonczoną ilość sklepów wspomnianych firm. Oczywiście pokręciliśmy się po ogromnych sklepach, które jednak są dla nas trochę za drogie :) Aczkolwiek nie omieszkałem sobie zakupić dwóch par spodenek kąpielowych w całkiem przystępnej cenie!
Oprócz sklepów dla surfurów, Torquay jest również bramą do Great Ocean Road. Od samego początku powtarzaliśmy sobie “co jak co, ale nikt z naszych znajomych nie widział takiej GOR jak my teraz”… Ciężkie chmury z bardzo niską podstawą tworzyły krajobraz żywcem ze Szkocji, Nowej Zelandii czy Kornwalii… Wygląda pięknie, ale trzeba przyznać, że pogoda jest pod psem. Próbujemy robić zdjęcia, kiedy się da i jak tylko coś zobaczymy, ale czasem nawet nie chce się wysadzić nosa, tak zacina deszcz. Na drodze panuje spory ruch, ale pewnie jest to ułamek tego, co dzieje się w słoneczne dni.
Na początku planowaliśmy rozłożyć GOR na dwa dni, bo jest to ogromnie dużo ciekawych plaż, miast i dolin. Jednak patrząc na pogodę w Apollo Bay (początkowo naszego docelowego miejsca) decydujemy się, że jemy lunch i jedziemy jak daleko się da, bo prognozy na jutro są jeszcze gorsze. Padać, to dopiero zaczęło właśnie od Apollo Bay… miejscami widoczność w górach była na max 50 m, ale nadal widoki nad brzegiem oceanu były piękne. Co więcej, w pewnym momencie udało nam się wypatrzeć dzikie koale na drzewach, więc zatrzymaliśmy się porobić im zdjęcia. Siedziały takie mokre, skołtunione kule na drzewach. Ale jak zawsze, były bardzo urocze.
Po ładnych paru godzinach drogi w końcu dotarliśmy do ostatniej częście GOR z apostołami, London Bridge i Loch Ard Gorge. Nasza wodoodporność właśnie się skończyła, kupiliśmy więc foliowe poncza, w których wyglądaliśmy jak parodia Ku-Klux-Klanu, ale przynajmniej nie mokliśmy. Tak oto, w groteskowych strojach i strugach deszczu, udaliśmy się oglądać Loch Ard oraz 12 Apostołów. Co mogę powiedzieć oprócz, WOW. W dobrym odbiorze tych cudów przyrody przeszkadzają hordy turystów, jednak trzeba przyznać, że te wielkie ostańce z piaskowca, wysokie miejscami na 65m, robią ogromne wrażenie. W połączeniu z falami i błękitem morza można je podziwiać i zachwycać się bez końca. Ale nie tego dnia. Deszcze pada, jesteśmy mokrzy i źli. Szybko robimy ile się tylko da zdjęć i udajemy się do Port Campbell, gdzie, jak rzecze przewodnik, są hostele, a my mamy duuuużo mokrych rzeczy do wysuszenia.
Zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym hostelu w nowym, 2osobowym pokoju.Szału nie ma, w pokoju jest tylko i wyłącznie łóżko, ale co ważne, jest wystarczająco dużo miejsca, żeby suszyć namiot (kompletnie mokry po Wilsons Promontory Park), kurtki, spodnie, bluzki, ręczniki itd… Jesteśmy szczęśliwi, że nie pada nam na głowę, jest ciepło, a ja z radością paraduje w nowych szortach pośród bogatych turystów z Niemiec, Skandynawi i Anglii :) Brzmi to trochę dziwnie, bo jesteśmy w Australii i powinno być ciągle ciepło i słonecznie. Jednak to lato jest inne, dużo chłodniejsze i przede wszystkim bardziej mokre. Śmigłowce, któte o tej porze roku normalnie walczą z pożarami lasów teraz brały udział w akcji przeciw powodziowej…
Noc minęła nam na błogim śnie w komfortowych warunkach, ale niestety ciągle słyszeliśmy nieustanną ulewę za oknem. Byle dzisiaj nie padało, powtarzaliśmy. O dziwo, cud. Od rana, pogoda znośna, a chwilami nawet wychodzi słońce. Po chwili namysłu, co by dalej robić, decydujemy, że wrócima kilkanaście kilometrów i ponownie obejrzemy Loch Ard i 12 Apostołów.
To był strzał w dziesiątkę. Pogoda robi się coraz lepsza, coraz więcej słońca, więc można podziwiać apostołów w pełnej krasie. Ponownie robią na nas wielkie wrażenie. Zajeżdżamy jeszcze zobaczyć kilka atrakcjie takich jak Grotto (basen skalny) czy London Bridge, z którym wiąże się zabawna historia. Otóż London Bridge był kiedyś pełnym mostem, ale w latach 90′ zawaliło się jedno przęsło. Żeby było ciekawiej, zawaliło się kilka minut po tym, jak przeszła przez nie jeda para. A żeby było jeszcze ciekawiej, para ta miała romans pozamałżeński i nie w smak im było to, że ewakuowali ich helikopterami, a pokazywały to na żywo wszystkie stacje w Australii :)
Po szybkiej powtórce z głównych atrakcji GOR postanowiliśmy, że odwiedzimy jeszcze kilka miejsce, skoro pogdoda jest w końcu dla nas łaskawa. Tak oto zaliczamy ekspresowe zwiedzanie Port Fairy, miłego kurortu z piękną wiktoriańską zabudową, całkiem sympatycznym portem i kilkoma atrakcjami.
Kolejnym przystankiem są klify Cape Bridgewater, podobno najwyższe w Victorii. Trzeba przyznać, że robią duże wrażenie. Poza pięknymi klifami nad samym brzegiem morza jest wielka elektrownia wiatrowa, największa w stanie, której wiatraki są tak wielkie jak PkiN, ogromne! W tym samym miejscu mamy okazję obejrzeć skamieniały las, czyli poprostu las, który kiedyś zalało morze i jakieś osady. W sumie ciekawe, ale pewnie dla kogoś, kto się zna na archeologii.
Przez chwilę myśleliśmy, żeby zatrzymać się w tej okolicy, ale wszędzie witało nas NO CAMPING.
Niektóre campigi w parkach są darmowe, taki też sobie upatrzyliśmy nad Swan Lake. Zjeżdżaliśmy tam dobre 30 min, miejsce piękne, widoki jeszcze ładniejsze! Wychodzimy z samochodu, a tu hordy much, które nas obsiadają i nie dają spokoju ani na chwilę. Decydujemy się na spacer, bo jak miejscami wieje, to nie ma much. Na zdjęciach widać, jak wyglądały moje plecy, gdy przez chwilę się nie oganiałem. Mimo, że nam się podobało, to jednak nie zostaliśmy w tym miejscu wstrząśnięci ilością much – jak tutaj jest ich tyle, to ile ich będzie w królestwie much, Outbacku? Aż strach pomyśleć :)
Po dłuższym poszukiwaniu, podczas którego spotkaliśmy na drodze dzikie emu, udało się w końcu zatrzymać na punkcie widokowym w Lower Gleng National Park. Roztaczał sie z niego piękny widok na busz, w oddali skrzeczały białe papugi, a i kukabary również hałasowały. Dla takich miejsc warto spać na dziko, cisza, spokój, jakieś małe kangurki kręcą się po okolicznych polanach, no i widać piękne gwiazdy w nocy.
Z kolejnym dniem wjeżdżamy do kolejnego stanu, South Australia. Na samej granicy wita nas stado 4 dzikich Emu. Pierwsze miasto, to stolica wschodniej części SA, Mt Gambier. Miasto całkiem ładne, znane głównie ze swoich sink holes (właściwie nie wiem jak się tłumaczy, ale to wielkie zapadnięte dziury w ziemi, w środku miasta) gdzie są ładne ogrody i miejsca na piknik. Drugą atrakcją są jeziora w kraterach wulkanów. Jedno z nich, niebieskie jezioro, jak sama nazwa wskazuje, jest niebieskie. Tak niebieskie, że wygląda trochę jak jakiś środek do czyszczenia kibla, niż jezioro. Ale robi duże wrażenie.
Kolejna część dnia to coś, czego właściwie nie trzeba opisywać. Chwilę po wyjeździe z Mt Gambier zaczyna padać. Najpierw pada, potem leje i tak leje, bez końca. Planowaliśmy zatrzymać się w Cooronga NP w drodzę do Adelaidy, ale to nie ma sensu, bo deszcz zacina koszmarnie. Nie mamy więc wyjścia, jedziemy do Adelaidy. Z Mt Gambier przez nas obraną trasą to około 600 km, dużo. Trzeba też dodać, że warunki do jazdy są fatalne – w koleinach dużo wody, czasami wielkie kałuże, czasem woda spływa małymi strumykami po jezdni, ale w końcu udaje się dojechać do miasta na około 18. Czas więc zacząć akcję ‘szukanie hostelu’. Na początku jest słabo bo nie ma miejsce, wszędzi wszystko zaklepane już na weekend. W końcu decydujemy się, że będziemy spali w 6osobowym dormitorium w YHA, wielkim hostelu, czystym, ale wyglądającym na szpital. W sumie dla nas bez różnicy. Jeszcze tylko wieczorny spacer po mieście, pustym mieście… A potem zmordowani długą trasą i pogodą idziemy spać.
Adelaida to miasto duże, bo okolo 1 mln ludzi, ale dosyć rozległe i niezbyt przytłaczające. Inaczej niż w Melbourne, nie atakają nas tłumy ludzi. Można poruszać się spokojnie i sprawnie. Widać wyraźnie zarysowane City z kilkoma drapaczami (ale to namiastka Sydney i Melbourne), Poza tym, króluje zabudowa niska, 2-3 kondygnacyjna i piękne wiktoriańskie i pokolonialne domy. Adelaido, podobasz nam się!
Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Południowej Australii, które ma co najmniej 3 zalety. Jest darmowe, jest klimatyzowane (pogoda dopisuje, grubo ponad 30C) i bardzo ciekawe. Ponownie muszę zadać to pytanie, dlaczego w Polsce nie można zrobić ciekawego muzeum, gdzie można dotykać, czytać, oglądać wizualizację i ciekawe zbiory? Z ciekawością oglądamy największą na świecie wystawę o kulturze aborygeńskiej i spędzamy kilkanaście minut na oglądanie filmów nakręconych w latach 1930-1940 wśród prawdziwych Aborygenów. Można wtedy zrozumieć, dlaczego Aborygeni mają taki problem w przystosowaniu się do cywilizacji europejskiej, która jest w Australii. Na tych filmach widać, iż 60 late temu jako cywilizacja byli oni na poziomie zabijania papug rzucając kamieniem, ptaków rzucając włócznią, a na deser zjadali robaki i mrówki. Nie wiem, jakieś 30 tyś. lat wstecz od Europy. To tak jakby do nas przylecieli kosmici.
No ale tu nie o tym :) Muzeum było bardzo ciekawe i obejrzeliśmy wiele ciekawych wystaw tematycznych. Kolejne kroki skierowaliśmy na spacer w stronę Północnej Adelaidy, gdzie oglądaliśmy bardzo piękne stare domy, katedry i skwerki. Kalina miała nadzieję, że trafi do butiku, gdzie sprzedają suknie stylizowane na lata 20′-30′ (polecany przez przewodnik), ale niestety go przenieśli.
Po paru godzinach zwiedzania w pełnym słońcu poczuliśmy, że czas najwyższy na plażę. Szybko więc wskoczyliśmy w samochód i pojechaliśmy na Brighton Beach, gdzie kąpiąc się, śpiąc i opalając spędziliśmy leniwe popołudnie. Po pewnym czasie z plaży zerwał nas głód, więc na koniec dnia postanowiliśmy pójść do Chinatown na obiad i w końcu wylądowaliśmy w tajskiej knajpie, gdzie zjedliśmy nasze ukochane green curry oraz salt&pepper squid i choo chee z krewetkami. Ale to było dobre! :)
Warto również wspomnieć, że w YHA mieli miejsce tylko na jedną noc, więc drugą noc w Adelaidzie spędziliśmy w hostelu obok czyli Shakespeare Hostel. Dla odmiany był on w starym, ładnym budynku i w żadnej mierze nie był czysty jak szpital :) Ale spało się dobrze i spokojnie, co najważniejsze!
Kolejny dzień w Adelaidzie poświęciliśmy na centrum miasta oraz ogrody botaniczne. Było strasznie gorąco więc postanowiliśmy, że czas chyba opuścić miasto i udać się do Barossa Valley, ale o tym za chwilę…
Adelaida okazała się świetnym miastem do zwiedzania. Jest to metropolia, którą można przejść pieszo, wszystko jest w zasięgu ręki (nie można w żadnych stopniu powiedzieć tego o Sydney, gdzie trzeba chodzić kilometrami). Bardzo podobały nam się klimatyczne uliczki z domkami z piaskowca i jasnej cegły, wszystko to sprawiało, że Adelaida jest inna od bardzo europejskiego Melbourne i kosmopolitycznego, chaotycznego Sydney.
My jednak jesteśmy na drodze do Barossa Valley. Jest to miejsce bardzo znane i ważne w Australii. Tutaj wino to napój narodowy, piją je wszyscy i wszędzie. Tutejsze wina uważane są za jedne z najlepszych na świecie. A Australia ma tyle stref klimatycznych, że mogą tu robić wszystkie rodzaje z każdego zakątka świata. A Barossa Valley jest sercem winnej Australii.
Problem z tym regionem jest taki, że jest tu mnóstwo dość snobistycznych hoteli, moteli, restauracji i winiarni, sami nie wiemy, jak się w tym odnaleźć.
Na początku naszej wizyty uderza nas to, że wszystko jest porządne, ulice pełne kwiatów i równo posadzonych palm. To wszystko z polami winogron sprawia, że krajobraz jest bajkowy. W sumie tego dnia zajeżdżamy tylko do jednej winiarni, gdzie nieśmiało oglądamy wielkie beczki i wina po parę tysięcy dolarów za sztukę. Naszym kolejnym celem jest Szepcząca Ściana, co jest niczym inym jak tamą, która ma z 200m długości. Niby nic ciekawego, ale zupełnie przypadkiem ma ona tak niesamowite właściwości akustyczne, że stojąc na dwóch końcach (ledwo się widać) wsytarczy szepnąć i od razu słychać wszystko jak przez telefon… zdumiewające. Spędzamy więc z Kaliną chwile wyznając sobie miłość na odległość, ja może nawet zanuciłem jakąś piosenkę miłosną.
Mamy ambitny plan, żeby zrobić camping na dziko, ale okazuje się, że wszędzie lasy zamknięte na 4 miesiące, aż nie będzie zagrożenia pożarowego. Nie mamy więc wyjśćia i jedziemy do Caravan Parku w samym sercu Barossy w Nutrioopie. Okazuje się to dobrą decyzją, bo standard dobry, a cena niezbyt wygórowana!
Tego dnia czeka nas jeszcze nielada atrakcja, otóż w pobliskiej miejscowości odbywa się zlot starych samochodów. Zupełnie przypadkiem udaje się nam zobaczyć setki samochodów tak pięknych i starych, że coś takiego tylko w filmach. Ja nie jestem fanem motoryzacji, ale niektóre bryki były kosmiczne! Chyba ze 100 różnych mustangów, Chevroletty i marki, których nie znam. Niektóre samochdy były tak fikuśne i wymuskane, że aż człowiek się sam uśmiechał do nich. Wrzucimy parę zdjęć, żebyście poczuli ten klimat.
Niedziela była za to przeznaczon całkowicie na zwiedzanie winiarni. Zaczęliśmy z grubej rury, bo od najważniejszej winiarni w regionie Wolf Blass. Nazwa niemiecka, bo i większość winiarni zostału tu założona przez imigrantów z Niemiec. Ale Wolf Blassa piliśmy dużo i z przyjemnością. Sama winiarnia była ładna, ale mało klimatyczna, nieco zbyt snobistyczna i generalnie zabrakło nam odwagi, że podejść do wystrojonych pań rozlewających wino i próbować różnych udając, że widzimy wielką różnicę:) Kolejna winiarnia, to właściwie równie ważna marka, Penfolds. Jest to wino z bardzo wysokiej półki i rarytas dla kolekcjonerów. Ich linia Penfolds Grange osiąga ceny po 10 tyś. dolarów za butelkę… Ponownie okazało się, że nie ma w tym miejscu klimatu lub w tym klimacie miejsca dla nas. Oczywiście, wszystko ładne i sztuczne… Trochę się pokręciliśmy oglądając wina i wyszliśmy.
Potem było już tylko lepiej :) Następna na naszym rozkładzie była urocza Chateau Dorrien, gdzie Kalina miała okazję popróbować kilku win (to skomlikowany proces, oglądanie koloru, wąchanie, mieszanie, cmokanie, plucie… – ale w sumie nie pluliśmy ani razu, ale widzieliśmy takich, co to robili!). Po krótkiej rozowie z uroczą panią somelier kupiliśmy Golden Harvest Riesling i Falcons Nest Shiraz. Kolejne winnice były równie klimatyczne (małe, często drewniane), jak choćby Whistler Wines czy Murray Street Vineyards.
Wieczorem kierownicę przejęła Kalina, a ja zacząłem testować wina. Muszę przyznać, że zostałem hojnie poczęstowany słodkimi białymi i deserowymi winami w Rockford Wines, a potem wszystkimi czerwonymi winami, jakie były w ofercie w Villa Tinto :) Oj, sobie użyłem. Nawet kupiliśmy jedno wino, Mercedes Blend w Villa Tinto. Brzmi to nieco snobistycznie, ale tak serio, to stresowaliśmy się podczas próbowania win, a te co kupilliśmy to często były najtańsze dostępne (ale i tak bardzo dobre).
Właśnie zaczyna zachodzić słońce, więc jedziemy obejrzeć zachód nad doliną… Jutro wracamy na chwilkę do Adelaidy a potem jedziemy do Piekła. Czeka nas sam środek Australii. Prognozy są dobre, cały czas ponad 40 C w cieniu, nie ma drzew, nie ma cienia. Ale mamy nadzieje, że dingo nas nie zjedzą, taipany nie pogryzą, mrówki nie oskubią, a słońce nie usmaży,

Pozdrawiamy!

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/MelbourneAdelaide?authkey=Gv1sRgCKLovMzi-ILHPw#

Dodaj do ulubionych:

Lubię
Bądź pierwszą osobą, która doda ten do listy ulubionych.

Napisane w sydney | Dodaj komentarz

  • Archiwa

  • Linkowisko

    • Australia Online
    • Czas w Sydney
    • Podróż Freda
    • Pogoda w Sydney
    • Sydney News
  • Najnowsze wpisy

    • Podróż do przeszłości
    • Highway to HELL!
    • Czasem słońce, czasem deszcz!
    • Tańczący z Wombatami
    • Lepka kraina

Blog na WordPress.com.

Theme: MistyLook by Sadish.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Silnik: WordPress.com