Podobno lepiej jest raz coś zobaczyć lub doświadczyć, niż sto razy przeczytać. My czytaliśmy o tzw. Outbacku, czyli australijskim interiorze sporo. Widzieliśmy zdjęcia, jakieś tam filmy, przeglądaliśmy przewodniki… Nadszedł czas, żeby skonfrontować wiedzę teoretyczną z praktyką :)
Od wielu osób słyszeliśmy: “W styczniu jechać do Uluru, to głupota! Nie ma czym oddychać, 45C w cieniu, po 9 rano aż do 17-18 właściwie wyjście na słońce grozi ciężkim udarem, poparzeniem lub śmiercią z wielu przyczyn! Poza tym, te muchy, owady, zjedzą was, obrzydzą wszystko, nie jedźcie!”. No tak, ale być w Australii i nawet nie polizać Outbacku (mamy samochód nisko zawieszony, z napędem na dwa koła, więc jakieś 99% Outbacku jest dla nas całkowicie nieosiągalne, musimy podążać turystycznymi autostradami), to bez sensu, to właściwie zbrodnia, bo oprócz powszechnie znanej kulutry plażowania, ten kraj towłaśnie stepy i półpustynie, odizolowane krainy…
Po wyjeździe z Adelaidy wiedzieliśmy, że robimy jeden przystanek przed wjechaniem w środek Oz. Pierwszą próbę podjęliśmy zjeżdzając na camping, który był oznaczony z drogi. Po jakiś 10 minutach na piaszczystej drodze dojeżdzamy do bramy, na której napisane jest camping. No wygląda jak z horroru; pole, jakieś baraki, na płocie wisi czaszka bawoła. Wchodzimy! W środku jakaś zdewastowana scena do rodeo, łazienki jak z najgorszego horroru, bardzo nam się podoba. Gdyby nie fakt, że jest 16, przeraźliwie gorąco, a tutaj nie ma co robić do końca dnia, to byśmy zostali. Mamy jednak za 40 km upatrzony Mt Remarkable National Park, gdzie podobno jest niedrogi camping z prysznicami.
Bez problemu znajdujemy park i camping, szybka rejestracja poprzez wrzucenie do puszki, która jest na wjeździe, pieniędzy w kopercie i tak oto znajdujemy się na bardzo ładnym campingu, pustym, ze wszystkim, czego nam potrzeba. W koło błąkają się kangury i emu, nad nami lata lekko licząc z 200 papug w stadzie i hałasują strasznie. Widoki piękne i mimo niezbyt wczesnej godziny decyudjemy się na spacer. Decyzja to dobra, bo widoki ładne, sporo zwierzaków i mnóstwo mrówek wielkości jednej kostki na palcu, które od czasu do czasu próbują nas podryźć.
Po strzeleniu kilku zdjęć zachodowi rozbijamy namiot i siadamy pod gwiazdami. Przy akompaniamencie skrzeczących papug i wyjących kukabar pijemy wino Mercedes z Barossy. Bardzo miłe zakończenie dnia.
Rano nie ma na co czekać, szybko się zbieramy i ruszamy do Czerwonego Środka! Droga długa, a bedzie tylko cieplej. Robimy postój w Port Augusta, żeby zrobić zakupy, zatankować i dowiedzieć się czegoś w informacji. Miasto to nie jest zbytnio ciekawe, piszą o nim, że gdy wjeżdża się od strony Adelaidy (wybrzeżem) niczym się nie wyróżnia, nuda, niezbyt ładnie. A gdy wraca się z Outbacku przez Stuart Hwy, miasto jawi się jako ogród edeński :) I trzeba przyznać, że coś w tym jest…
Słońce praży niemiłosiernie, dochodzi prawie 12, czas zjechać na Stuart Hwy! Samochód zatankowany pod korek, do najbliższej stacji 200km, potem jeszcze tylko 350 i będziemy w Coober Pedy, naszym dzisiejszym celu. Nie można powiedzieć, że jazda jest trudna, 800 m za Port Augusta wrzucam ‘piątkę’ i wyrzucam ją dopiero na stacji beznzynowej (tankujemy na każdej, tu nigdy niewiadomo). Co mogę powiedzieć – po prawej step, po lewej step. Widoczność aż po krzywiznę kuli ziemskiej. Ja siedze zawinięty w ręcznik, bo słońce parzy przez okno. Co jakiś czas musimy wyprzedzić tzw. pociąg drogowy, czyli wielkiego TIRa, który czasem ma nawet 55m długości! Generalnie, widoki jak z księżyca, to słone jezioro, to jakaś góra niewiadomo skąd, mnóstwo zabitych, krów, owiec, kangurów i dingo. Wszystko fajnie, ale po 100 km nam się opatrzyło :)
Pierwszym miejscem naszego postoju jest Wooomera, miasto po środku niczego (dosłownie). Znane z dwóch rzeczy, kiedyś USA miało tu stację NASA, która śledziła coś tam i wystrzelała coś tam. Po drugie niedaleko jest tzw. “Obszar zamnkięty Woomera”, największy poligon na świecie i jedno z najmniej dostępnych miejsc. Bez pozwolenia nie można tam wjechać, a dlaczego? W latach ’50 detonowali tu bomby atomowe i niektóre obszary są nadal napromieniowane. Samo miasto jest tak nudne, że jedyne co się tam ciekawego dla nas wydarzyło, to zrobiliśmy siku i zjedliśmy po dużym ciastku :)
Po Woomerze, miny nam zmarniały ponieważ nasz Mirage zaczął wydawać metaliczne, charcząco-drgające dźwięki. Nic ciekawego na środku pustyni :) No ale z duszą na ramieniu dojechaliśmy do Coober Pedy w panice szukając mechanika, którego jak się okazało, dzisiaj już nie znajdziemy. Coober Pedy to ikona Outbacku. Miasto to, wraz z Broken Hill, to stolice wydobycia opalu, australijskiego bursztyna. Determinacja ludzi, żeby tu mieszkać i wydobywać opal była tak wielka, że wytworzyli styl życia i mieszkania pod ziemią, w jaskiniach i byłych kopalniach.
Nasze pierwsze wrażenie było bardzo złe, po pierwsze, byliśmy przerażeni samochodem, po drugie miasto wygląda jak z filmów kryminalnych. Na ulicach kręcą się wytatuowani ludzie, z brodami jakby nigdy się nie golili, którzy na codzień zajmują się wysadzaniem w powietrze szybów. Co więcej, Aborygeni. To zupełnie inna historia, bardzo trudna i nie da się tego opisać i wyjaśnić w takim wpisie. Pomijając ich całą kulturę, ogromną tragedię kolonizacji itd., to dla turysty robią wrażenie gorsze niż fatalne. Siedzą wszędzie na ziemi, w skrawkach cienia, są straszliwie brudni, skołtunione włosy (typu jeden wielki dread), umorusane twarze, dzieci nagie, wydęte brzuchy… Po prostu wyglądają jak najgorsze lumpy, które gdyby mogły, to zostawiłyby cię w skarpetkach. Tak nie jest, ale tak wyglądają.
Wracając do miasta – szybko znaleźliśmy noclegu w hostelu pod ziemią. Już wiemy, że dzisiaj nikt nam nic nie naprawi, ale mamy namiary na jutro! Delektujemy się naszym hostelem robiąc zdjęcia w wykutych w skale wnętrzach. Doprawdy jest to dziwne, ale rozumiem dlaczego to zrobili. Gdy wchodzi się z dworu pod ziemię, temperatura spada o 10C od razu. Upewniamy się tylko, że mamy budzik (w pokoju zawsze jest taka sama pora, bo nie ma okien i dostępu światła) i idziemy spać.
Z samego rana udajemy się do mechanika, który za 40$ naprawia nasze problemy (naprawa tymczasowa, ale pełna kosztowałaby nas ponad 600$). Zaraz po mechaniku udaliśmy się do bardzo ciekawej kopalni opalu Old Timers Mine, gdzie mogliśmy poczytać o historii opalu, miasta i zobaczyć w skałach opal wart po 50 tyś $ oraz pooglądać podziemne mieszkania. Po wizycie w kopalni nie ma na co czekać, przed nami ponad 700 km drogi do Uluru. Nie specjalnie jest o czym pisać, jeśli chodzi o drogę, oprócz tego, że po 400 km skęciliśmy w lewo na Uluru :) Tak oto po jakiś 8-9 h znaleźliśmy się w stworzonym dla turystów i bardzo funkcjonalnym Ayers Rock Resort, gdzie zatrzymaliśmy się na polu namiotowym (tutaj nie ma się wyjścia – można mieszkać albo w kurorcie, albo nie mieszkać). Mamy szczęście, bo jeszcze uda nam się zdążyć na ważny spektakl – zachód słońca nad Uluru! Szybko jedziemy w kierunku parku gdzie płacimy haracz w wysokości 25$ od osoby za wejście (całe szczęście, że jest ważny 3 dni) i widzimy, jest – skała, czerwona skała, Uluru czy Ayers Rock. Jak piszą w Rough Guides, nieważne, ile widziało się zdjęć, nic nie przygotuje cię na widok na żywo. Taka prawda, wrażenie jest ogromne. Oto, ze stepu wyrasta monolit tak wielki, że aż szokujący. My widzimy go pierwszy raz przy zachodzie, więc uderza nas ostrą czerwienią, tym z czego jest znany. Oczywiście aparaty idą w ruch i w szalonym tempie robimy zdjęcia, aby uchwycić z tego jak najwięcej. Jutro rano idziemy oglądać go z bliska!
No właśnie, rano. Zapomniałem dodać, że jest okropnie gorąco i będzie tak i jutro, i popojutrze, itd.. Aby coś zobaczyć nastawiamy budzik na jakąś 4.50 rano i o 5.30 już jedziemy do parku oglądać wschód słońca z Uluru w roli głównej. Oczywiście ponownie robi na nas ogromne wrażenie i oglądamy go z dwóch różnych platform przygotowanych dla turystów. Około 7 jesteśmy pod Uluru, temperatura nie jest najgorsza, mniej niż 35 C! Decydujemy, że nie będziemy obchodzić skały, bo to za długo, więc ruszamy na kilka mniejszych spacerów w różne ciekawe miejsca. Uluru zaskakuje nas tym, że ma różne kolory, mnóstwo wąwozów, jaskiń itd. Zaskakuje również swoją fakturą i fantazją form.
Chodząc wokół skały w ruch idą moskitiery, które chronią nas przed muchami, tak natrętnymi, że aż nie do wytrzymania. Poza tym mamy długie spodnie i bluzki z długimi rękawami, kapelusze z rondem; wszystko, żeby uciec przed słońcem. A słońce praży niemiłosiernie. Po zobaczeniu pięknych form skalnych, malowideł i po bezpośrednim kontakcie z Uluru, robi się 10 i temperatura nie do życia. Udajemy się więc do centrum muzealnego, głównie dlatego, że jest klimatyzowane :)
Określeniem reszty dnia jest słowo wegetacja. Nie można spać, nie można jeść, nie można robić nic. Leżymy w namiocie z siateczki w cieniu, a pocimy się tak, jakbyśmy biegli w maratonie. Byle do 18.
Wieczorem jedziemy na drugą atrakcję parku, Kata Tjuta zwane również The Olgas. Jest to 36 głów, które kiedyś stanowiły monolit nawet dziesięciokrotnie większy od Uluru, ale w wyniku erozji pozostało 36 małych monolitów z czego największy jest wyższy od Uluru. Po drodzę na Kata Tjuta czeka nas miła niespodzianka. Spotykamy dziesiątki dzikich wielbłądów, które zostały przywiezione w XIX w. i bardzo dobrze przyjęły się w Australii. Niebywały to widok! Kata Tjuta również robi duże wrażenie i walcząc z muchami podziwiamy zachód słońca brutalnie przerwany przez chmury nad horyzontem. Ale spokojnie, wrócimy tu rano!
Ponownie zrywamy się z rana, tym razem jeszcze wcześniej, i mijając szwędające się po campingu dingo wybieramy się na wschód słońca do Kata Tjuta. Udaje się nam zdążyć i podziwiamy go z bardzo komfortowej platformy, z której widzimy i Uluru (małe, 50 km od Kata Tjuta) i cały kompleks The Olgas. Wschód oczywiście bajeczny! Szybko oganiamy się od much, które i tak zawsze siadają na czole, policzku, nosie w czasie zdjęcia :)
Dalszą częśc dnia wypełnia nam spacer w Dolinie Wiatrów w Kata Tjuta. Jest to całkiem forsowny 4h marsz, który udaje nam się zrobić, nie bez problemu. Mimo, iż wystartowaliśmy sporo przed 7, to okazuje się, że około godziny 8-9 temperatura jest tak wysoka, że idzie się ciężko. Ale widoki to wynagradzają. Maszerujemy przez doliny między skałami tak wielkimi, że nie widać ich końca. Podziwiamy cudowne faktury skał i ich dziwaczne formy. Doprawdy ciężko zrozumieć, dlaczego znajduje się to w środku niczego! Ostatnie 30 min marszu to mordęga; gdy dochodzimy do samochodu, wyglądamy jak zwłoki, całkowicie spocone i mokre aż do majtek, zwłoki. Na tym kończymy naszą przygodę z Uluru-Kata Tjuta National Park i przemieszczamy się do Kings Canyon, 300 km stąd.
Jedyną rzeczą wartą wspomnienia po drodze jest to, że o dziwo widzieliśmy stado dzikich mustangów, ja nawet nie wiedziałem, że tutaj są dzikie mustangi! Po około 3,5h dojechaliśmy do Kings Canyon Resort, gdzie szybko rozbiliśmy namiot i wskoczyliśmy do basenu. Camping, podobnie jak pod Uluru, robi bardzo dobre wrażenie i co ważne, ma basen. Przy 45C na stepie to istotna rzecz. Pluskamy się więc jakiś czas, a wieczorem udajemy na spacer po dnie kanionu. Sam spacer jest bardzo ładny i przyjemny, ale bez żadnego wielkiego wow. Wiemy za to, że jutro wchodzimy na górę kanionu, gdzie już ma być atrakcyjnie.
Nie bez sprzeciwu ponownie wstajemy o 5 rano i jedziemy do kanionu. Najcięższe podejście tej 4h trasy jest na początku, kiedy z dna trzeba wejść na górę i na małej przestrzeni pokonać 300m przewyższenia. Nie powiem, że nas prawie wykańcza, ale batonik na górze dodaje nam skrzydeł i zaczyna się… Widoki cudowne, piękne czerwone klify, formy skalne w postaci setek kopczyków, wąskie przejścia, mosty skalne i wiele innych. Chodzimy po kanionie dobre 3h schodząc na różne punkty widokowe, robiąc zdjęcia nad przepaściami. Nie możemy się nadziwić wielością form i kształtów. Bardzo podoba nam się chodzenie po brzegu kanionu w bezpiecznej odległości od przepaści i podziwianie przeciwległych brzegów. Tak oto mija nam 4h i nawet nie tak bardzo zmęczeni wracamy do samochodu. Tak naprawdę to początek dnia, bo chcemy jeszcze przejechać 750 km do Coober Pedy, bo czas wracać na wybrzeże.
Bez większych problemów, acz po długiej drodze dojeżdżamy na wieczór do Coober Pedy. Dzisiaj już nie śpimy pod ziemią i wybieramy camping, 4 razy tańszy i dwa razy gorętszy. Nie chce nam się gotować więc idziemy do baru na pizzę z emu i kangura… Pewnie zamawiamy dużą, bo jesteśmy głodni i dostajemy pizze wielką jak denko od beczki. Nie jest może najlepsza, ale da się zjeść a co więcej zostaje nam na jutro na śniadanie.
Z samego rano wstajemy i wyruszamy w kierunku Port Augusta, nigdzie się nie zatrzymujemy nie licząc kilku zdjęć na pustej drodze i byle szybciej jedziemy nad ocean. Gdy wjeżdżamy do miasta, uderza nas jego zieleń… :) Robimy szybkie zakupy i, o zgrozo, ruszamy w dalszą drogę do kolejnej ikony Outbacku, Wilpeny Pound w South Flinders Ranges.
Gdy zajeżdżamy na camping, jesteśmy bardzo mile zaskoczeni, bo jest ładny, zacieniony i z basenem. Naszym celem jest Wilpena Pound, wielki krater po meteorycie, który kiedyś tutaj spadł. Ale ten cel zrealizujemy jutro. Dzisiaj delektujemy się wodą po pobycie na pustyni oraz oglądamy emu i kangury, których jest tu mnóstwo. Z kangurami mamy również spotkania nocą! Camping jest duży, a my śpimy w lesie i jak leżeliśmy w namiocie, to co chwila obok przeskakiwał całkiem spory kangur albo jadł trawę 3m od namiotu, wszystko fajnie, ale mieliśmy obawę, że nie zobaczy naszej siatki w nocy i wskoczy na namiot! A poza tym hałasowały tak, że nie dało się spać!
No ale jak już zasnęliśmy, to wyrwał nas ze snu budzik, bo to już 6 rano, temperatura na dziś to około 45 C, więc czas iść zwiedziać. Wybieramy całkiem trudny szlak na jedno ze wzniesień wokół krateru i podziwiamy niewątpliwy urok Flinders Ranges. Niebo bardzo ładnie łączy się z górami, wokół dużo zieleni od cyprysów, które tutaj występują, po karłowate palemki i inne. Po 2h ostrej wspinaczki w końcu widzimy krater. Oczywiście nie jest tak imponujący jak na zdjęciach z samolotu, bo nie widać całego kształtu, ale i tak jest piękny. Teraz tylko zejście w dół, które okazuje się mordęgą i nasza przygoda z Outbackiem, dobiegnie końca.
Pisząc ten wpis, tuż po spacerze, jest ponownie bardzo gorąco i zaraz idziemy na basen. Co mogę powiedzieć o Outbacku? Na pewno warto, mimo much, słońca i upałów warto było się trochę pomęczyć, aby zobaczyć Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon. Z pewnością mogę powiedzieć, że te 3 atrakcje są tak samo ciekawe, mimo, iż najbardziej znana i jedyna rozpoznawalna na świecie to Uluru. Zobaczenie tylko Uluru byłoby strasznym błędem. Poza tym Outback to step, nic nie ma przez setki kilometrów. Wystarczy jednak jedna stróżka wody, aby wokół niej znaleźć kangury, dingo, jaszczurki, ptaki, papugi, orły itd. Poza tym góry, takie jak choćby Flinders Ranges, są niesamowite i mimo, że pozornie martwe, są pełne życia.
Poza tym wszystkim, z ekonomicznego punktu widzenia w pamięć zapadły nam ceny benzyny, która w szczytowym momencie osiągnęła prawie 2$ za litr (normalnie około 1,3$)!
Nasze następne kroki kierujemy już powoli w stronę Sydney. Pierwszy przystanek to Innes National Park, w którym planujemy wypocząć na plaży a potem, niewiadomo. W Victorii, przez którą musimy wracać, jest powódź (około 1/3 stanu), więc ilość dróg mamy ograniczoną, ale nie z takimi trudnościami sobie radziliśmy, więc coś na pewno wymyślimy!
Pozdrawiamy!
Załączamy oczywiście nasze zdjęcia! Nie powiem, że po wielkich mękach ze słabym internetem!
http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/1?authkey=Gv1sRgCM-dnoHZ_9iJLw#