Feeds:
Posty
Komentarze

Podróż do przeszłości

Outback dał nam w kość. Nie można powiedzieć, że przedzieraliśmy się przez offroadowe trasy, spaliśmy pod gołym niebem, czy ekplorowaliśmy pustynię. Nie zmienia to jednak faktu, że na przestrzeni około 8 dni zrobiliśmy ponad 3 tyś km, z czego tak naprawdę jechaliśmy tylko 4 dni, a było to 4 bardzo długie dni i w pewnych momentach czuliśmy się już zmęczeni. Ale tylko chwilami. Nic nie zmieni jednak tego, że zobaczyliśmy kawał Australii, którą większość osób pomija :)
Gdy wyruszyliśmy z Wilepena Pound, aby ostatecznie pożegnać Outback i ponownie powitać ocean, humory nam dopisywały. Koniec 45 C w ciągu dnia, dusznych nocy, hord much (to nas męczyło najbardziej) – czas na plażę, bryzę, słońce i odpoczynek. Relaksujemy!
Bardzo długo myśleliśmy, gdzie pojechać z Wilpeny, która jest mniej więcej na wysokości Port Augusta. Wybór wcale nie był łatwy, bo już przed wypadem do South Flinders Ranges sprawdziliśmy w informacji sytuację powodziową i okazało się, że większość dróg w interiorze Victorii i na granicy z South Australia i NSW jest miejscami nieprzejezdna. W Australii jak coś jest miejscami nieprzejezdne, to znaczy, że objazd jest baaardzo długi. Musimy więc kierować się ku wybrzeżu. No dobrze, ale między Wilpena a Adelaide wybrzeże niespecjalne i nawet jak patrzymy na mapę, to nie ma specjalnie z czego wybierać. Z drugiej strony wybrzeże za Adelaide jest ładne, ale mamy traumatyczne doświadczenia z komarami z tamtego regionu.
Tym razem nasze wymagania są większe, chcemy mieć camping z prysznicem oraz urządzeniami do BBQ. Po dłuższym namyśle decydujemy się na Innes National Park na samym końcu Półwyspu Yorke, nieprzezwoicie daleko od Wilpena :) Jesteśmy jednak zaprawieni w długiej jeździe, więc nie jest to wielki problem.
Czy była to dobra decyzja… o tym zaraz. W przewodniku było napisane, ze Innes NP jest ciekawy, ma swój gatunek wombatów, do których mamy słabość i obrazki w internecie wyglądają zachęcająco. W przewodniku napisali też coś innego, co okazało się prawdą. Półwysep Yorke jest nudny jak flaki z olejem, płaski, całkowicie wykarczowany pod uprawę zboża. Tak oto jedziemy 300 km przez zboża z przerwami na miasteczka co 50 km. Gdy dojeżdżamy w końcu do Innes NP pogoda lekko się psuje i zaczyna kropić, ale to nie problem, bo jest około 35 C. Z Rough Guides wiemy, że rejestracja na campingi jest przy informacji i, jak już to było wielokrotnie, trzeba samemu wrzucić w kopercię kasę do skrzynki. Wybieramy najdroższy camping, który i tak jest bardzo tani, bo, jak pisałem, pragniemy luksusów…. :)
Od informacji do naszego campingu prowadzi piękna droga przez malee, co oznacza jakąś formę skarłowaciałych drzewek. Wkurza nas, bo jest na niej ograniczenie do 40 km/h, ale gdy z gęstych krzaków głowę wysadza wielkie emu, już wiemy dlaczego! Po około 15 minutach docieramy na camping, zmęczeni, głodni i … rozczarowani. Okazuje się, że ekstra standard to budka telefoniczna, kibel to chamska swawojka, a bbq jest strasznie zapuszczone. Prysznica nie ma. Nie powiem, wkurzyliśmy się. Po wycieczce do Outbacku specjalnie jechaliśmy 250 km w jedną stronę, żeby zostać tutaj 2-3 dni i spokojnie wypocząć nad morzem. Niestety, nie ma nawet nigdzie bieżącej wody; chyba nie zostaniemy tutaj długo. Humory nieco poprawia nam piękny zachód słońca w całkiej urokliwej zatoczce i w sumie spędzamy bardzo miły wieczór rozmawiając do późna przed namiotem i słuchając świerszczy.
Następnego dnia z rana udajemy się na wycieczkę po parku, zaczynamy od latarni morskiej. Gdy wdrapujemy się na klif z pięknym widokiem 360 stopnii zadajemy sobie pytanie, czy nie jesteśmy za bardzo rozpuszczeni? Po prawej trzy piękne zatoki z krystalicznie czystą wodą, klify i małe łódeczki rybackie, po leweje dwie długie plaże (jedna z wrakiem statku) oraz piękne klify. Natomiast patrząc w stronę lądu soczysta zieleń i kilka jeziorek. Przecież tu jest pięknie! Pogoda dopisuje, więc zwiedzamy plażę z wrakiem statku oraz zabytkowe miasto górnicze w którym czas zatrzymał się daaaawno temu.
Po południu udajemy się na plażę, gdzie niestety nie bardzo można się kąpąć bo w wodzie jest mnóstwo wodorostowych śmieci i wygląda to bleeeh. No nic, wskakujemy na chwilę do wody, tam, gdzie akurat wodorosty się rozstąpiły i wylegujemy się jeszcze chwilę na plaży. Przynajmniej ponownie zostajemy nagrodzeni przepięknym zachodem słońca i piękną, pełną tęczą, która jest wisienką na torcie tego zjawiskowego widoku i pięknych żółtych kolorów.
Decyzja jednak zapadła, kończy nam się woda, skończył chleb, sklepów w okolicy brak. Po 1,5 dnia opusczamy Innes NP. Był bardzo ładny, ale nie zachwycił nas. Pozostał niedosyt związany z brakiem wody i prysznica oraz dużej ilości wodorostów. No nic, nie zawsze może być idealnie :)
Tymczasem nastawiamy azymut na małe miasteczko Naracoorte, na pierwrzy rzut oka znane zupełnie z niczego. Nie ma tam gór, dolin, kanionów, nawet morza tam nie ma. Cała tajemnica kryje się pod ziemią, wcale nie tak głęboko. Otóż obok Naracoorte jest kompleks jaskiń krasowych, które są jednym z 17 miejsc w Australii wpisanych na listę dziedzictwa UNESCO. A tam nie ma przypadkowych atrakcji.
Jako, że z Innes do Naracoorte jest, ponownie, nieprzyzwoicie daleko, to decydujemy, że jedziemy tam powoli, bo wiemy z przewodnika, że tuż obok jaskiń jest bardzo dobrze oceniany, mały camping w parku narodowym. Zupełnie przypadkiem przejeżdżamy przez miejscowość Padthaway, która okazuje się być małą Barossą z niezliczonymi winnicami takich marek, jak choćby Wynns. Ta bardzo malownicza droga umila nam długą podróż, którą kończymy szczęśliwie na bardzo urokliwym campingu 3 minuty samochodem od naszej jutrzejszej atrakcji. Jest prąd, pralnia, piękne toalety i prysznice… i to wszystko utrzymane tip-top… oczywiśćie brama otwarta i trzeba wrzucić kopertę z opłatą, co z przyjemnością czynimy. Oprócz nas jest jeszcze tylko jakaś starsza para. Sam camping niby w niespecjalnym miejscu, ale jest na nim dużo trawy, widać ładne, sielskie pola, wieje rześki wiatr… To wszystko wprawia nas w bardzo dobry humor i spędzamy bardzo miłe popołudnie. Jutro jaskinie, skoro są na liście UNESCO, oczekiwania mamy duże!
Pierwsze wrażenie jest bardzo dobre. Informacja przy jaskiniach i małe centrum turystyczne zbudowane wokół tej atrakcji sprawie wrażenie zadbanego i dobrze zorganizowanego. Wybieramy sposób zwiedzania, który nam najbardziej odpowiada i wykupujemy wejściówkę do trzech z czterech jaskiń jakie są dostępne do zwiedzania. Na pierwszy ogień idzie jaskinia Alexandra, która słynie z pięknych nacieków, stalaktytów, stalagmitów, kolumn i innych ciekawych form. Miła, nieco sepleniąca pani przewodnik po kolei pokazywała nam poszczególne komory i formy zapalając konkretne świetlne iluminację. Trzeba przyznać, że przewodniczka opowiadała ciekawie i z werwą, a jaskinia faktycznie była ładna. Ale żeby od razu na listę UNESCO?
No właśnie, następna jaskinia, Victoria Fossil, miała wszystko wyjaśnić. Otóż kompleks w Naracoorte jest na liście UNESCO nie ze względu na to, co w nim można zobaczyć (chociaż jest bardzo ładny i z pewnością nas nie rozczarował), ale z powodu skarbów, jakie kryją zwały gliny i innych osadów w jaskini. Otóż jaskinia ta jest na tyle specyficzna, że ponad nią znajduje się mnóstwo szybów o bardzo różnych średnicach, przez które od tysięcy lat spadały najróżniejsze zwierzaki. Na dole były uwięzione w kompletnych ciemnościach, stałej wilgoci i temperaturze. W wyniku tego są to jedne z najlepiej zachowanych szczątków megafauny i innych zwierząt na świecie. Niektóre kości datowane są na 500 000 lat. Dzięki temu można oglądać doskonale zachowane szkielety gigantycznych kangurów i wombatów, węży, żab, jaszczurek, tygrysów i wielu innych. Co ciekawe, szczątki są ułożone warstwo i każda wastwa opowiada historię tysięcy lat ewolucji.
O tym wszystkim opowiadała nam przewodniczka w drugiej jaskini. Mogliśmy pobawić się szczęką antycznego tygrysa, czy dotknąć gigantycznego kangura. Zwiedzaliśmy również miejsca wykopalisk, gdzie mówiono nam jak krok po kroku odtwarzają historię każdej kości. Niesamowite jest to, że ta jaskinia jest bardzo długa i ma wiele miejsc, gdzie jeszcze nikt nigdy nie szukał szczątków. Nie wiadomo, co się tam kryje.
Jako ostatnią zwiedzaliśmy Wet Cave, czyli mokrą jaskinię. W tym przypadku sami bylismy sobie przewodnikami i pochodziliśmy chwilę po ładnej jaskini, podziwiając cudaczne formy skalne. Musimy przyznać, że zwiedzanie Naracoort to był bardzo dobry wybór. W przewodniku i informacjach turystycznych jaskinie traktowane są nieco po macoszemu, nie ma o nich informacji, nie polecają ich. A tutaj proszę, bardzo miła niespodzianka. Nie dość, że można obejrzeć coś innego (nie pustynia, nie morze), to jeszcze jest to bardzo ładne i ciekawe. Co więcej, dowiedzieliśmy się bardzo wielu interesujących rzeczy o historii ewolucji w Australii i widzieliśmy szczątki tak stare, że ciężko to sobie nawet wyobrazić.
Kolejnym celem naszej podróży są Goldfields, Złote Pola w Victorii, miejsce bardzo ważne dla historii Australii. Docelowo zmierzamy do jednego z głównych miast regionu Ballarat, gdzie chcemy zwiedzić niezwykły twór, jakim jest Sovereign Hill, ale o tym później.
Droga do Ballarat, co nie jest zaskoczeniem, jest całkie długa, ale i malownicza. Co jakiś czas widzimy lokalne podtopienia po powodzi, jaka była tu dwa tygodnie temu. Zdecydowanie robi na nas wrażenie majestatyczny masyw The Grampians. Nawet przechodzi nam przez myśl, żeby tam skoczyć, ale w sumie nie mamy ochotę na góry… decyzja to dobra, bo jak się okaże w Ballarat, wszystkie drogi w The Grampians są zniszczone i nieprzejezdne.
W poszukiwaniu informacji turystycznej wjeżdżamy do centrum Ballarat i od razu robi na nas dobre wrażenie. Piękne budynki, dobrze utrzymane; widać, że to historyczne miasto, które musiało być dosyć bogate. Bardzo nas to cieszy, zapowiadają się ciekawe dwa dni. W informacji polecają nam kilka campingów, a my wybieramy stosunkowo niedrogi holiday park w dzielnicy tuż obok centrum.
Wieczorem udajemy się na zwiedzanie miasta i wychodzi nam z tego całkiem sympatyczny półtoragodzinny spacer. Udało nam sie obejrzeć sporo zabytkowych budynków i hoteli. Wszystko to sprawie wrażenie bardzo spójnego i zaplanowanego centrum i takim je zapamiętamy. Prawda jest jednak taka, że do Ballarat ludzie przyjeżdżają, aby zwiedzić Sovereign Hill. Jest to swego rodzaju skansen. Odtworzono tam miasto z czasów gorączki złota w Australii, ale nie tylko budynki! Cały czas kręcą się tam ludzie przebrani w piękne stroje z epoki i żyją (oczywiście udają) jak gdyby nigdy nic. Ty kupujesz sobie ciastko w piekarni, a obok ciebie kupuje to samo jakiś człowiek przebrany za poszukiwacza złota z bokobrodami i nieco brudny :)
Wejściówka do największej atrakcji Ballarat jest droga, bo około 40$ od osoby, nam jednak udaje się wcisnąć nasze przeterminowane legitymacje i wchodzimy na biletach studenckich. Pierwsze, na co zwracamy uwagę, to szczegóły, przywiązanie do detalu. Jest to niesamowite, gdyż miasteczko jest spokojnie wielkości kampusu UW, a mimo to każdy budynek, gwóźdź, ławka czy informacja jest żywcem wyjęta z XIX w.
Nasze zwiedzanie zaczynamy od baraków i obozu chińskich górników, gdzie widzimy, jak mieszkali ludzie w tamtych czasach. W niektórych domkach czy namiotach są interaktywne plansze, które pozwalają dowiedzieć się jeszcze więcej o historii. Planujemy spędzić tutaj cały dzień, więc nie spieszymy się ze zwiedzaniem. Poświęcamy około 30 min na próbę wypłukania złota ze strumienia, który płynie przez miasteczko. Jest tam sporo opiłków złota, ale my jesteśmy leniwi, a temperatura zbyt wysoka na taki harce :) Udajemy się więc na główną ulicę i właściwie tam dopiero doceniamy ogrom przedsięwzięcia, w sercu którego się znaleźliśmy. Całkiem długa ulica zabudowana cudownymi domkami, na której można znaleźć wszystko, co w Ballarat z XIX w. Piekarnia, lodziarnia, fotograf, cieśla, kowal, straż pożarna, biuro gazety, drukarz itd… W każdym budynku pracują ludzie na maszynach i ubrani w stroje z XIX w. Co więcej, oni nie imitują pracy, tylko wyrabiają rzeczy, które można tutaj kupić, jak np. cukierki robione tak samo, jak 150 lat temu, plakaty i druki, czy też wszelkie wyroby z metalu. Najbardziej podoba nam fotograf, który robi zdjęcia aparatem tak starym, że aż dziw, że działa. Co więcej przebierają ludzi w stroje z epoki i ustawiają jak do zdjęcia, które można kojarzyć jedynie z archiwum pradziadków. Fajna impreza, ale bardzo droga :)
Odwiedzamy każdy z budynków i trzeba przyznać, że jesteśmy nieco oszołomieni tym, jak wszystko jest dopracowane!
Zwiedzanie przerywa nam, nieoczekiwanie, Roland, kolega z Lowenbrau, który właśnie podróżuje z rodzicami. Udajemy sie więc do górniczego pubu i wypijamy piwo tak, jak robiło się to 150 lat temu. Następnym przystankiem dla nas jest muzeum złota, które znajduje się naprzeciwko Sovereign Hill. Muszę przyznać, że było ono średnio ciekawe, natomiast w skarbcu widzieliśmy kilka samorodków złota, które są w pierwszej dziesiątce największych na świecie. Robiły wrażenie!
Pogoda dopisywała nam już dłuższy czas, więc nieco zmieniliśmy swoje plany. Chcielismy od razu pojechać do Jervis Bay niedaleko Sydney i tam spędzić z 5-6 dni, aby ostatecznie zakończyć wyjazd na plaży. Doszliśmy jednakże do wniosku, że mamy niedosyt Wilsons Promontory Park, tego pięknego miejsca, gdzie zatrzasnęliśmy kluczyki :)
Z Ballarat to tylko z 3-4 h samochodem, a więc niedużo. Szybki postój w sklepie, aby zrobić zapasy i po południu znowu jesteśmy na campingu w Tidal River, pogoda piękna, ludzi dużo mniej, bo właśnie skończyły się wakacje szkolne. Cóż mogę powiedzieć o pobycie w Wilsons? Głównie chodziliśmy na plażę, spacerowaliśmy i relaksowaliśmy się. Z rzeczy godnych wspomnienia mogę wymienić sporego kraba, który złapał mnie za palec jak pływałem w oceanie i kilka sekund nie chciał mnie puścić. Rana szarpana była! No może lekkie zadrapanie, ale Kalina już potem tylko pływała, nie chodziła po dnie. Drugim ciekawym zdarzeniem była wizyta w kinie letnim na świeżym powietrzu, gdzie udaliśmy się na Litlle Fockers, kolejną część z cyklu Poznaj Mojego Tatę. Same doświadczenie kina w lesie na świeżym powietrzy jest super, ale najśmieszniejsze było to, że w pewnym momencie Kalina podskakuje, ja się lekko podnosze bo… nie kto inny, jak wombat wpadł z wizytą i trącił nogę Kaliny, i poszedł pod moje krzesło :) Potem jeszcze długi czas nic sobie nie robił z 50 osób i skubał trawę tuż pod ekranem.
Wypad do Tidal River był niezwykle udany i bardzo relaksujący. Chcieliśmy jednak jechać dalej. W tym roku nie można było spuszczać oczu z prognoz pogody, więc i tym razem widzieliśmy, że w Jervis Bay ma padać parę dni, a u nas jeszcze trochę ładniej więc zdecydowaliśmy, że zostaniemy jeszcze jeden ekstra dzień.
Decyzja okazał się słuszna, gdyż na naszej drodze tym razem stanął, jakże popularny w Victorii, pożar buszu. Niczego nieświadomi, jakbyśmy wyjechali poprzedniego dnia, nigdzie byśmy nie dojechali, bo wzdłuż Princess Hwy szalał pożar. No właśnie, już z 40 km od miejsca pożaru czuliśmy, że coś jest nie tak, niebo zasnute, jakby mgiełka. W pewnym momencie mijamy wielki znak ‚dym nad autostradą, ograniczenie do 70km/h’. No dobra, jedziemy. Po paru minutach wszystko pachnie jak ognisko. Gdy wjeżdżamy w tlący się las, to trochę nam szczęka opada. Nie był to wielki pożar, ot pożar, jakich setki w Australii. Chyba dwa lata temu w Victorii były pożary, które, jak dobrze pamiętam, całkowicie strawiły (całkowicie!) ponad połowę stanu. Nam jednak wystarczyło to, co widzieliśmy. Pamiętamy ten las z drogi w drugą stronę. A teraz, pustynia, tląca się pustynia. Wrażenie robi ogromne drzewo, które mijamy. Średnica około metra i całe jaskrawo pomarańczowe, tak się żarzy! Po jakiś 30 km opuszczamy obszar pożaru. Mieliśmy zamiar spać gdzieś na dziko w tych okolicach, ale w zaistniałej sytuacji – szalejące pożary i prognozy gwałtownych burz – nie ma szans!
No ale po jakichś 50 km znudziła nam sie jazda i zdecydowaliśmy, że prześpimy się na znanym nam parkingu w lesie :) Miejsca ładne i spokojnie, robimy sobie pyszne burgery, sałatkę, po czym po chwili chronimy się w naszym namiocie przed muchami, które są nie-do-zniesienia! Są tak wielkie, że jakby wpadła jedna do buzi, to nie trzeba by jeść kolacji! Ale dzisiaj nie będziemy spać w namiocie. Zapowiadali w radiu gwałtowne burze, więc spanie w namiocie nie ma specjalnego sensu, jeśli chcemy wcześnie rano wyjechać.
Jak pokazała noc, prognozy czasem się sprawdzają. Takiej dyskoteki, to ja już dawno temu nie widziałem. Na szczęście burza jedynie nas liznęła, ale było widać, że jest potężna, bo błyskało się co sekundę, dwie. Widzieliśmy jak jakieś dziewczyny w popłochu pakowały namiot. He, he, a też mogły spać w samochodzie :] Burza sprawiła, że spędziliśmy z godzinę w stanie czuwania, bo nie wiedzieliśmy, czy przywali nam mocniej, czy skończy się tylko na deszczu. Ale obeszło się bez ofiar i mogliśmy spokojnie rano jechać dalej.
No własnie, dalej, dalej, aż prawie pod Sydney. Kierunek Jervis Bay, rajska plaża z białym piaskiem… No ale przed nami dobre z 6-7 h samochodem. Damy rade, co to dla nas. Faktycznie daliśmy, ale tym razem pogoda nam nie sprzyjała (warto pamiętać, że przez 5 tygodni naszej podróży mieliśmy 3 dni złej pogody. Przypomne, że w tym czasie w Queensland była absolutnie katastrofalna powódź, połowa stanu Victoria była podtopione, a obszar wokół rzeki Murray w SA czekał na falę powodziową. Były też huragany oraz pożary buszu…) i tuż przed Jervis Bay wjechaliśmy w taką burzę, że gdyby można było się zatrzymać, to bym to zrobił. Ja czegoś takiego nie pamiętam; widzieliśmy jak okoliczne wzgórza walą pioruny, wycieraczki nie dawały absolutnie rady i przegrywały z deszczem, a na drodze był potok. Tak oto jechaliśmy może 30 km/h po autostradzie z dobre 20 min. W tym czasie byliśmy właśnie na wysokości Jervis Bay; jak wyglądał camping po takim oberwaniu chmury, nie wiem. Ale prognoza na gwałtowne burze była jeszcze na kilka następnych dni. Szybka burza mózgów i decyzja zapadła.
W ten sposób nieco przedwcześnie zakończyliśmy naszą wielką przygodę. Jeszcze tylko postój na Kaliny ukochane lody z karmelem w McDonaldsie, w tym samym miejscu, gdzie zrobiliśmy pierwszy postój 5 tygodni temu, i bezpiecznie dojeżdżamy do Sydney.
To jest przedostatni wpis, bo czeka mnie jeszcze jeden do napisania, podsumowujący wszystko, możliwe, że już z Polski. Ale o naszej podróży mogę powiedzieć tyle, że nie żałujemy niczego, wszystko się udało, a większość rzeczy i decyzji była bardzo spontaniczna. Ciężko powiedzieć w paru zdaniach, jak pięknym i różnorodnym krajem jest Australia. Wyobrażenie Europejczyków o Australii jest tak błędne, jak wyobrażenie wielu mieszkańców Zachodu o Polsce, że tutaj Rosja i misie polarne. Nic z tych rzeczy. Australia to kraj skrajnych warunków atmosferycznych, klimatycznych i skrajnie różnych krajobrazów. Nie wiem czy wiecie, ale gdzieś wyczytałem, że tutaj nawet w zimę spada więcej śniegu niż w Alpach :) My, podróżując teraz 5 tygodni, a wcześniej robiąc parodniowe wycieczki mamy uczucie jakbyśmy tylko lekko liznęli tego, co ten kraj ma do zaoferowania. Ale było to liźnięcie przepyszne i satysfakcjonujące. Masz okazję tutaj przyjechać na wakacje lub, jak my, uczyć się/pracować/zwiedziać? Nie wahaj się ani chwili! Bo warto, warto, warto!

https://picasaweb.google.com/112869112662431971731/PodrozDoPrzeszOsci?authkey=Gv1sRgCIy93-j0pqCZcw#

Highway to HELL!

Podobno lepiej jest raz coś zobaczyć lub doświadczyć, niż sto razy przeczytać. My czytaliśmy o tzw. Outbacku, czyli australijskim interiorze sporo. Widzieliśmy zdjęcia, jakieś tam filmy, przeglądaliśmy przewodniki… Nadszedł czas, żeby skonfrontować wiedzę teoretyczną z praktyką :)
Od wielu osób słyszeliśmy: „W styczniu jechać do Uluru, to głupota! Nie ma czym oddychać, 45C w cieniu, po 9 rano aż do 17-18 właściwie wyjście na słońce grozi ciężkim udarem, poparzeniem lub śmiercią z wielu przyczyn! Poza tym, te muchy, owady, zjedzą was, obrzydzą wszystko, nie jedźcie!”. No tak, ale być w Australii i nawet nie polizać Outbacku (mamy samochód nisko zawieszony, z napędem na dwa koła, więc jakieś 99% Outbacku jest dla nas całkowicie nieosiągalne, musimy podążać turystycznymi autostradami), to bez sensu, to właściwie zbrodnia, bo oprócz powszechnie znanej kulutry plażowania, ten kraj towłaśnie stepy i półpustynie, odizolowane krainy…
Po wyjeździe z Adelaidy wiedzieliśmy, że robimy jeden przystanek przed wjechaniem w środek Oz. Pierwszą próbę podjęliśmy zjeżdzając na camping, który był oznaczony z drogi. Po jakiś 10 minutach na piaszczystej drodze dojeżdzamy do bramy, na której napisane jest camping. No wygląda jak z horroru; pole, jakieś baraki, na płocie wisi czaszka bawoła. Wchodzimy! W środku jakaś zdewastowana scena do rodeo, łazienki jak z najgorszego horroru, bardzo nam się podoba. Gdyby nie fakt, że jest 16, przeraźliwie gorąco, a tutaj nie ma co robić do końca dnia, to byśmy zostali. Mamy jednak za 40 km upatrzony Mt Remarkable National Park, gdzie podobno jest niedrogi camping z prysznicami.
Bez problemu znajdujemy park i camping, szybka rejestracja poprzez wrzucenie do puszki, która jest na wjeździe, pieniędzy w kopercie i tak oto znajdujemy się na bardzo ładnym campingu, pustym, ze wszystkim, czego nam potrzeba. W koło błąkają się kangury i emu, nad nami lata lekko licząc z 200 papug w stadzie i hałasują strasznie. Widoki piękne i mimo niezbyt wczesnej godziny decyudjemy się na spacer. Decyzja to dobra, bo widoki ładne, sporo zwierzaków i mnóstwo mrówek wielkości jednej kostki na palcu, które od czasu do czasu próbują nas podryźć.
Po strzeleniu kilku zdjęć zachodowi rozbijamy namiot i siadamy pod gwiazdami. Przy akompaniamencie skrzeczących papug i wyjących kukabar pijemy wino Mercedes z Barossy. Bardzo miłe zakończenie dnia.
Rano nie ma na co czekać, szybko się zbieramy i ruszamy do Czerwonego Środka! Droga długa, a bedzie tylko cieplej. Robimy postój w Port Augusta, żeby zrobić zakupy, zatankować i dowiedzieć się czegoś w informacji. Miasto to nie jest zbytnio ciekawe, piszą o nim, że gdy wjeżdża się od strony Adelaidy (wybrzeżem) niczym się nie wyróżnia, nuda, niezbyt ładnie. A gdy wraca się z Outbacku przez Stuart Hwy, miasto jawi się jako ogród edeński :) I trzeba przyznać, że coś w tym jest…
Słońce praży niemiłosiernie, dochodzi prawie 12, czas zjechać na Stuart Hwy! Samochód zatankowany pod korek, do najbliższej stacji 200km, potem jeszcze tylko 350 i będziemy w Coober Pedy, naszym dzisiejszym celu. Nie można powiedzieć, że jazda jest trudna, 800 m za Port Augusta wrzucam ‚piątkę’ i wyrzucam ją dopiero na stacji beznzynowej (tankujemy na każdej, tu nigdy niewiadomo). Co mogę powiedzieć – po prawej step, po lewej step. Widoczność aż po krzywiznę kuli ziemskiej. Ja siedze zawinięty w ręcznik, bo słońce parzy przez okno. Co jakiś czas musimy wyprzedzić tzw. pociąg drogowy, czyli wielkiego TIRa, który czasem ma nawet 55m długości! Generalnie, widoki jak z księżyca, to słone jezioro, to jakaś góra niewiadomo skąd, mnóstwo zabitych, krów, owiec, kangurów i dingo. Wszystko fajnie, ale po 100 km nam się opatrzyło :)
Pierwszym miejscem naszego postoju jest Wooomera, miasto po środku niczego (dosłownie). Znane z dwóch rzeczy, kiedyś USA miało tu stację NASA, która śledziła coś tam i wystrzelała coś tam. Po drugie niedaleko jest tzw. „Obszar zamnkięty Woomera”, największy poligon na świecie i jedno z najmniej dostępnych miejsc. Bez pozwolenia nie można tam wjechać, a dlaczego? W latach ’50 detonowali tu bomby atomowe i niektóre obszary są nadal napromieniowane. Samo miasto jest tak nudne, że jedyne co się tam ciekawego dla nas wydarzyło, to zrobiliśmy siku i zjedliśmy po dużym ciastku :)
Po Woomerze, miny nam zmarniały ponieważ nasz Mirage zaczął wydawać metaliczne, charcząco-drgające dźwięki. Nic ciekawego na środku pustyni :) No ale z duszą na ramieniu dojechaliśmy do Coober Pedy w panice szukając mechanika, którego jak się okazało, dzisiaj już nie znajdziemy. Coober Pedy to ikona Outbacku. Miasto to, wraz z Broken Hill, to stolice wydobycia opalu, australijskiego bursztyna. Determinacja ludzi, żeby tu mieszkać i wydobywać opal była tak wielka, że wytworzyli styl życia i mieszkania pod ziemią, w jaskiniach i byłych kopalniach.
Nasze pierwsze wrażenie było bardzo złe, po pierwsze, byliśmy przerażeni samochodem, po drugie miasto wygląda jak z filmów kryminalnych. Na ulicach kręcą się wytatuowani ludzie, z brodami jakby nigdy się nie golili, którzy na codzień zajmują się wysadzaniem w powietrze szybów. Co więcej, Aborygeni. To zupełnie inna historia, bardzo trudna i nie da się tego opisać i wyjaśnić w takim wpisie. Pomijając ich całą kulturę, ogromną tragedię kolonizacji itd., to dla turysty robią wrażenie gorsze niż fatalne. Siedzą wszędzie na ziemi, w skrawkach cienia, są straszliwie brudni, skołtunione włosy (typu jeden wielki dread), umorusane twarze, dzieci nagie, wydęte brzuchy… Po prostu wyglądają jak najgorsze lumpy, które gdyby mogły, to zostawiłyby cię w skarpetkach. Tak nie jest, ale tak wyglądają.
Wracając do miasta – szybko znaleźliśmy noclegu w hostelu pod ziemią. Już wiemy, że dzisiaj nikt nam nic nie naprawi, ale mamy namiary na jutro! Delektujemy się naszym hostelem robiąc zdjęcia w wykutych w skale wnętrzach. Doprawdy jest to dziwne, ale rozumiem dlaczego to zrobili. Gdy wchodzi się z dworu pod ziemię, temperatura spada o 10C od razu. Upewniamy się tylko, że mamy budzik (w pokoju zawsze jest taka sama pora, bo nie ma okien i dostępu światła) i idziemy spać.
Z samego rana udajemy się do mechanika, który za 40$ naprawia nasze problemy (naprawa tymczasowa, ale pełna kosztowałaby nas ponad 600$). Zaraz po mechaniku udaliśmy się do bardzo ciekawej kopalni opalu Old Timers Mine, gdzie mogliśmy poczytać o historii opalu, miasta i zobaczyć w skałach opal wart po 50 tyś $ oraz pooglądać podziemne mieszkania. Po wizycie w kopalni nie ma na co czekać, przed nami ponad 700 km drogi do Uluru. Nie specjalnie jest o czym pisać, jeśli chodzi o drogę, oprócz tego, że po 400 km skęciliśmy w lewo na Uluru :) Tak oto po jakiś 8-9 h znaleźliśmy się w stworzonym dla turystów i bardzo funkcjonalnym Ayers Rock Resort, gdzie zatrzymaliśmy się na polu namiotowym (tutaj nie ma się wyjścia – można mieszkać albo w kurorcie, albo nie mieszkać). Mamy szczęście, bo jeszcze uda nam się zdążyć na ważny spektakl – zachód słońca nad Uluru! Szybko jedziemy w kierunku parku gdzie płacimy haracz w wysokości 25$ od osoby za wejście (całe szczęście, że jest ważny 3 dni) i widzimy, jest – skała, czerwona skała, Uluru czy Ayers Rock. Jak piszą w Rough Guides, nieważne, ile widziało się zdjęć, nic nie przygotuje cię na widok na żywo. Taka prawda, wrażenie jest ogromne. Oto, ze stepu wyrasta monolit tak wielki, że aż szokujący. My widzimy go pierwszy raz przy zachodzie, więc uderza nas ostrą czerwienią, tym z czego jest znany. Oczywiście aparaty idą w ruch i w szalonym tempie robimy zdjęcia, aby uchwycić z tego jak najwięcej. Jutro rano idziemy oglądać go z bliska!
No właśnie, rano. Zapomniałem dodać, że jest okropnie gorąco i będzie tak i jutro, i popojutrze, itd.. Aby coś zobaczyć nastawiamy budzik na jakąś 4.50 rano i o 5.30 już jedziemy do parku oglądać wschód słońca z Uluru w roli głównej. Oczywiście ponownie robi na nas ogromne wrażenie i oglądamy go z dwóch różnych platform przygotowanych dla turystów. Około 7 jesteśmy pod Uluru, temperatura nie jest najgorsza, mniej niż 35 C! Decydujemy, że nie będziemy obchodzić skały, bo to za długo, więc ruszamy na kilka mniejszych spacerów w różne ciekawe miejsca. Uluru zaskakuje nas tym, że ma różne kolory, mnóstwo wąwozów, jaskiń itd. Zaskakuje również swoją fakturą i fantazją form.
Chodząc wokół skały w ruch idą moskitiery, które chronią nas przed muchami, tak natrętnymi, że aż nie do wytrzymania. Poza tym mamy długie spodnie i bluzki z długimi rękawami, kapelusze z rondem; wszystko, żeby uciec przed słońcem. A słońce praży niemiłosiernie. Po zobaczeniu pięknych form skalnych, malowideł i po bezpośrednim kontakcie z Uluru, robi się 10 i temperatura nie do życia. Udajemy się więc do centrum muzealnego, głównie dlatego, że jest klimatyzowane :)
Określeniem reszty dnia jest słowo wegetacja. Nie można spać, nie można jeść, nie można robić nic. Leżymy w namiocie z siateczki w cieniu, a pocimy się tak, jakbyśmy biegli w maratonie. Byle do 18.
Wieczorem jedziemy na drugą atrakcję parku, Kata Tjuta zwane również The Olgas. Jest to 36 głów, które kiedyś stanowiły monolit nawet dziesięciokrotnie większy od Uluru, ale w wyniku erozji pozostało 36 małych monolitów z czego największy jest wyższy od Uluru. Po drodzę na Kata Tjuta czeka nas miła niespodzianka. Spotykamy dziesiątki dzikich wielbłądów, które zostały przywiezione w XIX w. i bardzo dobrze przyjęły się w Australii. Niebywały to widok! Kata Tjuta również robi duże wrażenie i walcząc z muchami podziwiamy zachód słońca brutalnie przerwany przez chmury nad horyzontem. Ale spokojnie, wrócimy tu rano!
Ponownie zrywamy się z rana, tym razem jeszcze wcześniej, i mijając szwędające się po campingu dingo wybieramy się na wschód słońca do Kata Tjuta. Udaje się nam zdążyć i podziwiamy go z bardzo komfortowej platformy, z której widzimy i Uluru (małe, 50 km od Kata Tjuta) i cały kompleks The Olgas. Wschód oczywiście bajeczny! Szybko oganiamy się od much, które i tak zawsze siadają na czole, policzku, nosie w czasie zdjęcia :)
Dalszą częśc dnia wypełnia nam spacer w Dolinie Wiatrów w Kata Tjuta. Jest to całkiem forsowny 4h marsz, który udaje nam się zrobić, nie bez problemu. Mimo, iż wystartowaliśmy sporo przed 7, to okazuje się, że około godziny 8-9 temperatura jest tak wysoka, że idzie się ciężko. Ale widoki to wynagradzają. Maszerujemy przez doliny między skałami tak wielkimi, że nie widać ich końca. Podziwiamy cudowne faktury skał i ich dziwaczne formy. Doprawdy ciężko zrozumieć, dlaczego znajduje się to w środku niczego! Ostatnie 30 min marszu to mordęga; gdy dochodzimy do samochodu, wyglądamy jak zwłoki, całkowicie spocone i mokre aż do majtek, zwłoki. Na tym kończymy naszą przygodę z Uluru-Kata Tjuta National Park i przemieszczamy się do Kings Canyon, 300 km stąd.
Jedyną rzeczą wartą wspomnienia po drodze jest to, że o dziwo widzieliśmy stado dzikich mustangów, ja nawet nie wiedziałem, że tutaj są dzikie mustangi! Po około 3,5h dojechaliśmy do Kings Canyon Resort, gdzie szybko rozbiliśmy namiot i wskoczyliśmy do basenu. Camping, podobnie jak pod Uluru, robi bardzo dobre wrażenie i co ważne, ma basen. Przy 45C na stepie to istotna rzecz. Pluskamy się więc jakiś czas, a wieczorem udajemy na spacer po dnie kanionu. Sam spacer jest bardzo ładny i przyjemny, ale bez żadnego wielkiego wow. Wiemy za to, że jutro wchodzimy na górę kanionu, gdzie już ma być atrakcyjnie.
Nie bez sprzeciwu ponownie wstajemy o 5 rano i jedziemy do kanionu. Najcięższe podejście tej 4h trasy jest na początku, kiedy z dna trzeba wejść na górę i na małej przestrzeni pokonać 300m przewyższenia. Nie powiem, że nas prawie wykańcza, ale batonik na górze dodaje nam skrzydeł i zaczyna się… Widoki cudowne, piękne czerwone klify, formy skalne w postaci setek kopczyków, wąskie przejścia, mosty skalne i wiele innych. Chodzimy po kanionie dobre 3h schodząc na różne punkty widokowe, robiąc zdjęcia nad przepaściami. Nie możemy się nadziwić wielością form i kształtów. Bardzo podoba nam się chodzenie po brzegu kanionu w bezpiecznej odległości od przepaści i podziwianie przeciwległych brzegów. Tak oto mija nam 4h i nawet nie tak bardzo zmęczeni wracamy do samochodu. Tak naprawdę to początek dnia, bo chcemy jeszcze przejechać 750 km do Coober Pedy, bo czas wracać na wybrzeże.
Bez większych problemów, acz po długiej drodze dojeżdżamy na wieczór do Coober Pedy. Dzisiaj już nie śpimy pod ziemią i wybieramy camping, 4 razy tańszy i dwa razy gorętszy. Nie chce nam się gotować więc idziemy do baru na pizzę z emu i kangura… Pewnie zamawiamy dużą, bo jesteśmy głodni i dostajemy pizze wielką jak denko od beczki. Nie jest może najlepsza, ale da się zjeść a co więcej zostaje nam na jutro na śniadanie.
Z samego rano wstajemy i wyruszamy w kierunku Port Augusta, nigdzie się nie zatrzymujemy nie licząc kilku zdjęć na pustej drodze i byle szybciej jedziemy nad ocean. Gdy wjeżdżamy do miasta, uderza nas jego zieleń… :) Robimy szybkie zakupy i, o zgrozo, ruszamy w dalszą drogę do kolejnej ikony Outbacku, Wilpeny Pound w South Flinders Ranges.
Gdy zajeżdżamy na camping, jesteśmy bardzo mile zaskoczeni, bo jest ładny, zacieniony i z basenem. Naszym celem jest Wilpena Pound, wielki krater po meteorycie, który kiedyś tutaj spadł. Ale ten cel zrealizujemy jutro. Dzisiaj delektujemy się wodą po pobycie na pustyni oraz oglądamy emu i kangury, których jest tu mnóstwo. Z kangurami mamy również spotkania nocą! Camping jest duży, a my śpimy w lesie i jak leżeliśmy w namiocie, to co chwila obok przeskakiwał całkiem spory kangur albo jadł trawę 3m od namiotu, wszystko fajnie, ale mieliśmy obawę, że nie zobaczy naszej siatki w nocy i wskoczy na namiot! A poza tym hałasowały tak, że nie dało się spać!
No ale jak już zasnęliśmy, to wyrwał nas ze snu budzik, bo to już 6 rano, temperatura na dziś to około 45 C, więc czas iść zwiedziać. Wybieramy całkiem trudny szlak na jedno ze wzniesień wokół krateru i podziwiamy niewątpliwy urok Flinders Ranges. Niebo bardzo ładnie łączy się z górami, wokół dużo zieleni od cyprysów, które tutaj występują, po karłowate palemki i inne. Po 2h ostrej wspinaczki w końcu widzimy krater. Oczywiście nie jest tak imponujący jak na zdjęciach z samolotu, bo nie widać całego kształtu, ale i tak jest piękny. Teraz tylko zejście w dół, które okazuje się mordęgą i nasza przygoda z Outbackiem, dobiegnie końca.
Pisząc ten wpis, tuż po spacerze, jest ponownie bardzo gorąco i zaraz idziemy na basen. Co mogę powiedzieć o Outbacku? Na pewno warto, mimo much, słońca i upałów warto było się trochę pomęczyć, aby zobaczyć Uluru, Kata Tjuta i Kings Canyon. Z pewnością mogę powiedzieć, że te 3 atrakcje są tak samo ciekawe, mimo, iż najbardziej znana i jedyna rozpoznawalna na świecie to Uluru. Zobaczenie tylko Uluru byłoby strasznym błędem. Poza tym Outback to step, nic nie ma przez setki kilometrów. Wystarczy jednak jedna stróżka wody, aby wokół niej znaleźć kangury, dingo, jaszczurki, ptaki, papugi, orły itd. Poza tym góry, takie jak choćby Flinders Ranges, są niesamowite i mimo, że pozornie martwe, są pełne życia.
Poza tym wszystkim, z ekonomicznego punktu widzenia w pamięć zapadły nam ceny benzyny, która w szczytowym momencie osiągnęła prawie 2$ za litr (normalnie około 1,3$)!
Nasze następne kroki kierujemy już powoli w stronę Sydney. Pierwszy przystanek to Innes National Park, w którym planujemy wypocząć na plaży a potem, niewiadomo. W Victorii, przez którą musimy wracać, jest powódź (około 1/3 stanu), więc ilość dróg mamy ograniczoną, ale nie z takimi trudnościami sobie radziliśmy, więc coś na pewno wymyślimy!

Pozdrawiamy!

Załączamy oczywiście nasze zdjęcia! Nie powiem, że po wielkich mękach ze słabym internetem!

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/1?authkey=Gv1sRgCM-dnoHZ_9iJLw#

Melbourne, drugie największe miasto Australii, jedno z piękniejszych i niezywkle kosmopolitycznych miast. Dla nas było nieprzyjazne. Nie dość, że nie było miejsca, żeby zanocować, to jeszcze padało, co skutecznie uniemożliwiało nam zwiedzanie. Zrobiliśmy jednak parugodzinny spacer i mamy wyobrażenie, jak wygląda Melbourne.
Nie udało się znaleźć noclegu w Melbourne, wiec postanowiliśmy, że jedziemy dalej. Leje, zapada zmrok, autostradą lecą szaleni TIRowcy :) Dobra, trzeba znaleźć jakiś nocleg. Długo nie czekaliśmy z decyzją i postanowiliśmy, że prześpimy się w samochodzie na przytulnym parkingu przy BP, gdzieś pod Geelong. Niespecjalnie mieliśmy wybór, bo już był zmierzch, a z uwagi na emu i kangury poruszanie się samochodem o zmierzchu jest dość ryzykowne. Miejsce jednak nie jest złe, mogło być dużo gorsze :)
Nieco wczorajsi budzimy się z samego rana, udajemy się na całkiem dobrą kawę w kawiarni przy BP i zasięgamy języka w informacji turystycznej o Great Ocean Road. Czym jest Great Ocean Road? Jest to absolutnie sztandarowa atrakcja turystyczna stanu Victoria, około 250 km drogi wijącej się wzdłuż pięknych plaż, ostańców, dolin… po prostu 5h wspaniałych widoków, które pod koniec trasy okraszone są 12-stoma Apostołami, jedną z najbardziej znanych formacji skalnych na świecie, ale o tym później…
Dowiedzieliśmy się, czego chcieliśmy, wszystko pięknie, tylko to stalowe niebo i ciężkie chmury, które tylko czekają, aby uprzykrzyć nam życie! Pierwszy przystanek to Torquay, miasto niby anonimowe. A jednak nie! Otóż znacie takie firmy jak Billabong, Rip Curl czy Roxy (nie jestem pewien co do Quicksilver)? Wszystkie chyba zostały założone właśnie w Torquay, dzięki czemu miasto ma jedne z najważniejszych zawodów surfingowych na świecie, muzeum i nieskonczoną ilość sklepów wspomnianych firm. Oczywiście pokręciliśmy się po ogromnych sklepach, które jednak są dla nas trochę za drogie :) Aczkolwiek nie omieszkałem sobie zakupić dwóch par spodenek kąpielowych w całkiem przystępnej cenie!
Oprócz sklepów dla surfurów, Torquay jest również bramą do Great Ocean Road. Od samego początku powtarzaliśmy sobie „co jak co, ale nikt z naszych znajomych nie widział takiej GOR jak my teraz”… Ciężkie chmury z bardzo niską podstawą tworzyły krajobraz żywcem ze Szkocji, Nowej Zelandii czy Kornwalii… Wygląda pięknie, ale trzeba przyznać, że pogoda jest pod psem. Próbujemy robić zdjęcia, kiedy się da i jak tylko coś zobaczymy, ale czasem nawet nie chce się wysadzić nosa, tak zacina deszcz. Na drodze panuje spory ruch, ale pewnie jest to ułamek tego, co dzieje się w słoneczne dni.
Na początku planowaliśmy rozłożyć GOR na dwa dni, bo jest to ogromnie dużo ciekawych plaż, miast i dolin. Jednak patrząc na pogodę w Apollo Bay (początkowo naszego docelowego miejsca) decydujemy się, że jemy lunch i jedziemy jak daleko się da, bo prognozy na jutro są jeszcze gorsze. Padać, to dopiero zaczęło właśnie od Apollo Bay… miejscami widoczność w górach była na max 50 m, ale nadal widoki nad brzegiem oceanu były piękne. Co więcej, w pewnym momencie udało nam się wypatrzeć dzikie koale na drzewach, więc zatrzymaliśmy się porobić im zdjęcia. Siedziały takie mokre, skołtunione kule na drzewach. Ale jak zawsze, były bardzo urocze.
Po ładnych paru godzinach drogi w końcu dotarliśmy do ostatniej częście GOR z apostołami, London Bridge i Loch Ard Gorge. Nasza wodoodporność właśnie się skończyła, kupiliśmy więc foliowe poncza, w których wyglądaliśmy jak parodia Ku-Klux-Klanu, ale przynajmniej nie mokliśmy. Tak oto, w groteskowych strojach i strugach deszczu, udaliśmy się oglądać Loch Ard oraz 12 Apostołów. Co mogę powiedzieć oprócz, WOW. W dobrym odbiorze tych cudów przyrody przeszkadzają hordy turystów, jednak trzeba przyznać, że te wielkie ostańce z piaskowca, wysokie miejscami na 65m, robią ogromne wrażenie. W połączeniu z falami i błękitem morza można je podziwiać i zachwycać się bez końca. Ale nie tego dnia. Deszcze pada, jesteśmy mokrzy i źli. Szybko robimy ile się tylko da zdjęć i udajemy się do Port Campbell, gdzie, jak rzecze przewodnik, są hostele, a my mamy duuuużo mokrych rzeczy do wysuszenia.
Zatrzymujemy się w pierwszym napotkanym hostelu w nowym, 2osobowym pokoju.Szału nie ma, w pokoju jest tylko i wyłącznie łóżko, ale co ważne, jest wystarczająco dużo miejsca, żeby suszyć namiot (kompletnie mokry po Wilsons Promontory Park), kurtki, spodnie, bluzki, ręczniki itd… Jesteśmy szczęśliwi, że nie pada nam na głowę, jest ciepło, a ja z radością paraduje w nowych szortach pośród bogatych turystów z Niemiec, Skandynawi i Anglii :) Brzmi to trochę dziwnie, bo jesteśmy w Australii i powinno być ciągle ciepło i słonecznie. Jednak to lato jest inne, dużo chłodniejsze i przede wszystkim bardziej mokre. Śmigłowce, któte o tej porze roku normalnie walczą z pożarami lasów teraz brały udział w akcji przeciw powodziowej…
Noc minęła nam na błogim śnie w komfortowych warunkach, ale niestety ciągle słyszeliśmy nieustanną ulewę za oknem. Byle dzisiaj nie padało, powtarzaliśmy. O dziwo, cud. Od rana, pogoda znośna, a chwilami nawet wychodzi słońce. Po chwili namysłu, co by dalej robić, decydujemy, że wrócima kilkanaście kilometrów i ponownie obejrzemy Loch Ard i 12 Apostołów.
To był strzał w dziesiątkę. Pogoda robi się coraz lepsza, coraz więcej słońca, więc można podziwiać apostołów w pełnej krasie. Ponownie robią na nas wielkie wrażenie. Zajeżdżamy jeszcze zobaczyć kilka atrakcjie takich jak Grotto (basen skalny) czy London Bridge, z którym wiąże się zabawna historia. Otóż London Bridge był kiedyś pełnym mostem, ale w latach 90′ zawaliło się jedno przęsło. Żeby było ciekawiej, zawaliło się kilka minut po tym, jak przeszła przez nie jeda para. A żeby było jeszcze ciekawiej, para ta miała romans pozamałżeński i nie w smak im było to, że ewakuowali ich helikopterami, a pokazywały to na żywo wszystkie stacje w Australii :)
Po szybkiej powtórce z głównych atrakcji GOR postanowiliśmy, że odwiedzimy jeszcze kilka miejsce, skoro pogdoda jest w końcu dla nas łaskawa. Tak oto zaliczamy ekspresowe zwiedzanie Port Fairy, miłego kurortu z piękną wiktoriańską zabudową, całkiem sympatycznym portem i kilkoma atrakcjami.
Kolejnym przystankiem są klify Cape Bridgewater, podobno najwyższe w Victorii. Trzeba przyznać, że robią duże wrażenie. Poza pięknymi klifami nad samym brzegiem morza jest wielka elektrownia wiatrowa, największa w stanie, której wiatraki są tak wielkie jak PkiN, ogromne! W tym samym miejscu mamy okazję obejrzeć skamieniały las, czyli poprostu las, który kiedyś zalało morze i jakieś osady. W sumie ciekawe, ale pewnie dla kogoś, kto się zna na archeologii.
Przez chwilę myśleliśmy, żeby zatrzymać się w tej okolicy, ale wszędzie witało nas NO CAMPING.
Niektóre campigi w parkach są darmowe, taki też sobie upatrzyliśmy nad Swan Lake. Zjeżdżaliśmy tam dobre 30 min, miejsce piękne, widoki jeszcze ładniejsze! Wychodzimy z samochodu, a tu hordy much, które nas obsiadają i nie dają spokoju ani na chwilę. Decydujemy się na spacer, bo jak miejscami wieje, to nie ma much. Na zdjęciach widać, jak wyglądały moje plecy, gdy przez chwilę się nie oganiałem. Mimo, że nam się podobało, to jednak nie zostaliśmy w tym miejscu wstrząśnięci ilością much – jak tutaj jest ich tyle, to ile ich będzie w królestwie much, Outbacku? Aż strach pomyśleć :)
Po dłuższym poszukiwaniu, podczas którego spotkaliśmy na drodze dzikie emu, udało się w końcu zatrzymać na punkcie widokowym w Lower Gleng National Park. Roztaczał sie z niego piękny widok na busz, w oddali skrzeczały białe papugi, a i kukabary również hałasowały. Dla takich miejsc warto spać na dziko, cisza, spokój, jakieś małe kangurki kręcą się po okolicznych polanach, no i widać piękne gwiazdy w nocy.
Z kolejnym dniem wjeżdżamy do kolejnego stanu, South Australia. Na samej granicy wita nas stado 4 dzikich Emu. Pierwsze miasto, to stolica wschodniej części SA, Mt Gambier. Miasto całkiem ładne, znane głównie ze swoich sink holes (właściwie nie wiem jak się tłumaczy, ale to wielkie zapadnięte dziury w ziemi, w środku miasta) gdzie są ładne ogrody i miejsca na piknik. Drugą atrakcją są jeziora w kraterach wulkanów. Jedno z nich, niebieskie jezioro, jak sama nazwa wskazuje, jest niebieskie. Tak niebieskie, że wygląda trochę jak jakiś środek do czyszczenia kibla, niż jezioro. Ale robi duże wrażenie.
Kolejna część dnia to coś, czego właściwie nie trzeba opisywać. Chwilę po wyjeździe z Mt Gambier zaczyna padać. Najpierw pada, potem leje i tak leje, bez końca. Planowaliśmy zatrzymać się w Cooronga NP w drodzę do Adelaidy, ale to nie ma sensu, bo deszcz zacina koszmarnie. Nie mamy więc wyjścia, jedziemy do Adelaidy. Z Mt Gambier przez nas obraną trasą to około 600 km, dużo. Trzeba też dodać, że warunki do jazdy są fatalne – w koleinach dużo wody, czasami wielkie kałuże, czasem woda spływa małymi strumykami po jezdni, ale w końcu udaje się dojechać do miasta na około 18. Czas więc zacząć akcję ‚szukanie hostelu’. Na początku jest słabo bo nie ma miejsce, wszędzi wszystko zaklepane już na weekend. W końcu decydujemy się, że będziemy spali w 6osobowym dormitorium w YHA, wielkim hostelu, czystym, ale wyglądającym na szpital. W sumie dla nas bez różnicy. Jeszcze tylko wieczorny spacer po mieście, pustym mieście… A potem zmordowani długą trasą i pogodą idziemy spać.
Adelaida to miasto duże, bo okolo 1 mln ludzi, ale dosyć rozległe i niezbyt przytłaczające. Inaczej niż w Melbourne, nie atakają nas tłumy ludzi. Można poruszać się spokojnie i sprawnie. Widać wyraźnie zarysowane City z kilkoma drapaczami (ale to namiastka Sydney i Melbourne), Poza tym, króluje zabudowa niska, 2-3 kondygnacyjna i piękne wiktoriańskie i pokolonialne domy. Adelaido, podobasz nam się!
Pierwsze kroki kierujemy do Muzeum Południowej Australii, które ma co najmniej 3 zalety. Jest darmowe, jest klimatyzowane (pogoda dopisuje, grubo ponad 30C) i bardzo ciekawe. Ponownie muszę zadać to pytanie, dlaczego w Polsce nie można zrobić ciekawego muzeum, gdzie można dotykać, czytać, oglądać wizualizację i ciekawe zbiory? Z ciekawością oglądamy największą na świecie wystawę o kulturze aborygeńskiej i spędzamy kilkanaście minut na oglądanie filmów nakręconych w latach 1930-1940 wśród prawdziwych Aborygenów. Można wtedy zrozumieć, dlaczego Aborygeni mają taki problem w przystosowaniu się do cywilizacji europejskiej, która jest w Australii. Na tych filmach widać, iż 60 late temu jako cywilizacja byli oni na poziomie zabijania papug rzucając kamieniem, ptaków rzucając włócznią, a na deser zjadali robaki i mrówki. Nie wiem, jakieś 30 tyś. lat wstecz od Europy. To tak jakby do nas przylecieli kosmici.
No ale tu nie o tym :) Muzeum było bardzo ciekawe i obejrzeliśmy wiele ciekawych wystaw tematycznych. Kolejne kroki skierowaliśmy na spacer w stronę Północnej Adelaidy, gdzie oglądaliśmy bardzo piękne stare domy, katedry i skwerki. Kalina miała nadzieję, że trafi do butiku, gdzie sprzedają suknie stylizowane na lata 20′-30′ (polecany przez przewodnik), ale niestety go przenieśli.
Po paru godzinach zwiedzania w pełnym słońcu poczuliśmy, że czas najwyższy na plażę. Szybko więc wskoczyliśmy w samochód i pojechaliśmy na Brighton Beach, gdzie kąpiąc się, śpiąc i opalając spędziliśmy leniwe popołudnie. Po pewnym czasie z plaży zerwał nas głód, więc na koniec dnia postanowiliśmy pójść do Chinatown na obiad i w końcu wylądowaliśmy w tajskiej knajpie, gdzie zjedliśmy nasze ukochane green curry oraz salt&pepper squid i choo chee z krewetkami. Ale to było dobre! :)
Warto również wspomnieć, że w YHA mieli miejsce tylko na jedną noc, więc drugą noc w Adelaidzie spędziliśmy w hostelu obok czyli Shakespeare Hostel. Dla odmiany był on w starym, ładnym budynku i w żadnej mierze nie był czysty jak szpital :) Ale spało się dobrze i spokojnie, co najważniejsze!
Kolejny dzień w Adelaidzie poświęciliśmy na centrum miasta oraz ogrody botaniczne. Było strasznie gorąco więc postanowiliśmy, że czas chyba opuścić miasto i udać się do Barossa Valley, ale o tym za chwilę…
Adelaida okazała się świetnym miastem do zwiedzania. Jest to metropolia, którą można przejść pieszo, wszystko jest w zasięgu ręki (nie można w żadnych stopniu powiedzieć tego o Sydney, gdzie trzeba chodzić kilometrami). Bardzo podobały nam się klimatyczne uliczki z domkami z piaskowca i jasnej cegły, wszystko to sprawiało, że Adelaida jest inna od bardzo europejskiego Melbourne i kosmopolitycznego, chaotycznego Sydney.
My jednak jesteśmy na drodze do Barossa Valley. Jest to miejsce bardzo znane i ważne w Australii. Tutaj wino to napój narodowy, piją je wszyscy i wszędzie. Tutejsze wina uważane są za jedne z najlepszych na świecie. A Australia ma tyle stref klimatycznych, że mogą tu robić wszystkie rodzaje z każdego zakątka świata. A Barossa Valley jest sercem winnej Australii.
Problem z tym regionem jest taki, że jest tu mnóstwo dość snobistycznych hoteli, moteli, restauracji i winiarni, sami nie wiemy, jak się w tym odnaleźć.
Na początku naszej wizyty uderza nas to, że wszystko jest porządne, ulice pełne kwiatów i równo posadzonych palm. To wszystko z polami winogron sprawia, że krajobraz jest bajkowy. W sumie tego dnia zajeżdżamy tylko do jednej winiarni, gdzie nieśmiało oglądamy wielkie beczki i wina po parę tysięcy dolarów za sztukę. Naszym kolejnym celem jest Szepcząca Ściana, co jest niczym inym jak tamą, która ma z 200m długości. Niby nic ciekawego, ale zupełnie przypadkiem ma ona tak niesamowite właściwości akustyczne, że stojąc na dwóch końcach (ledwo się widać) wsytarczy szepnąć i od razu słychać wszystko jak przez telefon… zdumiewające. Spędzamy więc z Kaliną chwile wyznając sobie miłość na odległość, ja może nawet zanuciłem jakąś piosenkę miłosną.
Mamy ambitny plan, żeby zrobić camping na dziko, ale okazuje się, że wszędzie lasy zamknięte na 4 miesiące, aż nie będzie zagrożenia pożarowego. Nie mamy więc wyjśćia i jedziemy do Caravan Parku w samym sercu Barossy w Nutrioopie. Okazuje się to dobrą decyzją, bo standard dobry, a cena niezbyt wygórowana!
Tego dnia czeka nas jeszcze nielada atrakcja, otóż w pobliskiej miejscowości odbywa się zlot starych samochodów. Zupełnie przypadkiem udaje się nam zobaczyć setki samochodów tak pięknych i starych, że coś takiego tylko w filmach. Ja nie jestem fanem motoryzacji, ale niektóre bryki były kosmiczne! Chyba ze 100 różnych mustangów, Chevroletty i marki, których nie znam. Niektóre samochdy były tak fikuśne i wymuskane, że aż człowiek się sam uśmiechał do nich. Wrzucimy parę zdjęć, żebyście poczuli ten klimat.
Niedziela była za to przeznaczon całkowicie na zwiedzanie winiarni. Zaczęliśmy z grubej rury, bo od najważniejszej winiarni w regionie Wolf Blass. Nazwa niemiecka, bo i większość winiarni zostału tu założona przez imigrantów z Niemiec. Ale Wolf Blassa piliśmy dużo i z przyjemnością. Sama winiarnia była ładna, ale mało klimatyczna, nieco zbyt snobistyczna i generalnie zabrakło nam odwagi, że podejść do wystrojonych pań rozlewających wino i próbować różnych udając, że widzimy wielką różnicę:) Kolejna winiarnia, to właściwie równie ważna marka, Penfolds. Jest to wino z bardzo wysokiej półki i rarytas dla kolekcjonerów. Ich linia Penfolds Grange osiąga ceny po 10 tyś. dolarów za butelkę… Ponownie okazało się, że nie ma w tym miejscu klimatu lub w tym klimacie miejsca dla nas. Oczywiście, wszystko ładne i sztuczne… Trochę się pokręciliśmy oglądając wina i wyszliśmy.
Potem było już tylko lepiej :) Następna na naszym rozkładzie była urocza Chateau Dorrien, gdzie Kalina miała okazję popróbować kilku win (to skomlikowany proces, oglądanie koloru, wąchanie, mieszanie, cmokanie, plucie… – ale w sumie nie pluliśmy ani razu, ale widzieliśmy takich, co to robili!). Po krótkiej rozowie z uroczą panią somelier kupiliśmy Golden Harvest Riesling i Falcons Nest Shiraz. Kolejne winnice były równie klimatyczne (małe, często drewniane), jak choćby Whistler Wines czy Murray Street Vineyards.
Wieczorem kierownicę przejęła Kalina, a ja zacząłem testować wina. Muszę przyznać, że zostałem hojnie poczęstowany słodkimi białymi i deserowymi winami w Rockford Wines, a potem wszystkimi czerwonymi winami, jakie były w ofercie w Villa Tinto :) Oj, sobie użyłem. Nawet kupiliśmy jedno wino, Mercedes Blend w Villa Tinto. Brzmi to nieco snobistycznie, ale tak serio, to stresowaliśmy się podczas próbowania win, a te co kupilliśmy to często były najtańsze dostępne (ale i tak bardzo dobre).
Właśnie zaczyna zachodzić słońce, więc jedziemy obejrzeć zachód nad doliną… Jutro wracamy na chwilkę do Adelaidy a potem jedziemy do Piekła. Czeka nas sam środek Australii. Prognozy są dobre, cały czas ponad 40 C w cieniu, nie ma drzew, nie ma cienia. Ale mamy nadzieje, że dingo nas nie zjedzą, taipany nie pogryzą, mrówki nie oskubią, a słońce nie usmaży,

Pozdrawiamy!

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/MelbourneAdelaide?authkey=Gv1sRgCKLovMzi-ILHPw#

Tańczący z Wombatami

Planowaliśmy to odkąd pojawił się pomysł wyjechania do Australii. Wycieczka samochodem po kraju kangurów… to by było coś. W listopadzie kupiliśmy samochód, potem zwiedzaliśmy Fiji, Nową Zelandię, okolice Sydney, Cairns itd.. Kaliny rodzina wyjechała 2 stycznia, więc my postanowiliśmy, że nie ma na co czekać i 4 stycznia spakowaliśmy naszego Mirage i, obrawszy kierunek na Melbourne, ruszyliśmy Princess Highway w Australię.
Właściwie od samego początku naszym jedynym zmartwieniem była pogoda. Już wtedy w Queensland szalała powódź, a po tygodniu od naszego wyjazdu z Sydney po jednym z miast w Queensland przeszło jakieś śródlądowe tsunami, a Brisbane czekało na uderzenie największej fali od początku lat 70′. W reszcie wschodniej Australii też nie było kolorowo, bo praktycznie padało wszędzie, mniej lub bardziej. W żadnym stopniu nie przypominało to stereotypowego lata na Antypodach. Jednak że, jak wiele razy się przekonaliśmy, stereotypy o Australii są bardzo mylne. My jednak nie mamy wpływu na pogodę, więc się nie złamaliśmy i wyruszyliśmy!
Pierwszego dnia po dosyć żmudnym pakowaniu udało nam się wydostać z Sydney dopiero około 13, więc postanowiliśmy, że ciśniemy ile się da przed siebie i szukamy noclegu gdzieś za Jervies Bay, do której to wybrzeże już zwiedziliśmy w listopadzie podczas dwóch kilkudniowych wycieczek. Plan udało się wykonać bez większych problemów i po przejechaniu około 350 km zdecydowaliśmy, że zjeżdżamy z autostrady w Batemans Bay (kurort na wysokości Canberry, jeżdżą tam jej mieszkańcy) i zaczęliśmy szukać jakiegoś zacisznego miejsca na dziki camping. Z jednej strony dziki camping jest w Australii łatwy, bo są tu ogromne przestrzenie; z drugiej strony, gdy chcesz nocować przy wodzie, nad morzem lub w ładnym parku, to w dostępnych samochodem miejscach jest No Camping. Poza tym Australia jest bardzo pogrodzonym krajem, drogi bardzo często odgrodzone są płotkiem i nie ma zjazdów nad jeziora czy rzeki tak, jak w Polsce.
My jednak tego dnia mieliśmy szczęście! Po kilku nieudanych próbach zjechaliśmy na malutki półwysep Potato Point i tam krążąc znaleźliśmy idealne miejsce nad rzeką, która była przy okazji 100 m od oceanu i pięknej plaży, miejsce do campingu idealne i co ciekawsze, znajdowało się na drodze do jakiegoś drogiego campingu. Nie czekając długo, rozbiliśmy namiot, pospacerowaliśmy po okolicy i jako że robiło się ciemno, usiedliśmy przy winie słuchając ptaków, świerszczy i oglądając gwiazdy.
Mimo chłodnej nocy rano wstaliśmy pełni energii, bo na prawdę ciężko sobie wyobrazić lepsze miejsce do spędzenie nocy za darmo. Cudowne widoki, nikogo wokół… Udaliśmy się raz jeszcze na spacer po plaży (były ogromne fale, więc bez kąpieli) i w drogę – przed nami jeszcze wiele tysięcy kilometrów. Ciężko jest wybrać miejsca do zwiedzania w Australii z kilku przyczyn: po pierwsze, brak tu klasycznych zabytków, bo historia zbyt krótka; po drugie, wybrzeże piękne wszędzie; po trzecie, mnóstwo atrakcji przyrodniczych; po czwarte, są one w dużych odległościach. 50 km do takiego wodospadu, 100 km do innej doliny, 80 km do latarni morskiej i weź tu wszędzie pojedź. My jednak decydujemy się na podążanie za przewodnikiem Rough Guide i tak po zwiedzaniu kilku niezbyt ważnych mniejszych lub większych miasteczek, trafiamy do Tilba Tilba, uroczego miasteczka na południu Nowej Południowej Walii.
Miasteczko małe i nastawione na turystykę, wszędzie sklepy, ale z klimatem. Każdy budynek utrzymany w tej samej, drewnianej konwencji i w ciekawych kolorach, bo w mocnych błękitach, czerwieniach, pomarańczach itp. Oczywiście chodzimy i zwiedzamy różnego rodzaju sklepy z rękodziełami, piekarnie, sklepy z cukierkami gdzie sugusy są w wielkich kolorowych słojach, jak z filmów amerykańskich z XIX w.. Na chwile wchodzimy również do fabryki sera ABC Cheese Factory, gdzie po przetestowaniu wszystkich wyrobów kupujemy ser z ziołami, który tego dnia wraz z pomidorkiem będzie naszą kolacją.
Właściwie po Tilba Tilba zaczęliśmy jechać w stronę wybrzeża i kierując się do Victorii szukaliśmy jakiegos noclegu. Jako że pogoda dopisywała tego dnia wybitnie, to nie czekając długo zdecydowaliśmy się na 2h postój w Tathra, gdzie na ładnej plaży pokąpalismy się trochę, a co ważniejsze, wzięliśmy w końcu prysznic z mydłem, bo były takie przy plaży. Mimo, że bardzo byśmy chcieli, to jednak Tathra nie była dobrym miejscem na nocleg, bo sporo ludzi i dużo znaków, no camping.
Po jakiejś godzinie od wyjechania z Tathry okazało się, że o naszym noclegu zadecyduje policja :) Wjeżdżaliśmy właśnie na naszą ukochaną Princess Highway i po prawej widzimy, że policja ma łapankę z alkomatem; nie, żebyśmy coś pili tego dnia, ale nie chciało nam się tłumaczyć prawa jazdy (około 100$) i tak właściwie, to nasze prawka nie są ważne w Australii, więc staramy się nie zostać skontrolowanymi. Nie myśląc długo – Kalina, skręcaj w lewo! No i dojechaliśmy do Pambula Beach. Mimo, że pogoda się popsuła i musieliśmy założyć ciepłe ciuchy, to wieczór spędziliśmy miło, przy winie, szumie fal i w sumie ciepłym wietrze. Kolejna noc w naszym niewielkim samochodzie!
Następny dzień zaczęliśmy radośni i nieco obolali po spaniu w samochodzie. Szybko jednak przemieściliśmy się do miasta Eden, gdzie czekało na nas muzeum orek. W sumie było ono całkiem ciekawe, a głównym bohaterem było Old Tom, szkielet orki. Historia ta jest o tyle ciekawe, że Old Tom dowodził stadem orek, które pomagały zabijać wieloryby poprzez zaganianie ich do zatoki. Old Tom informował wielorybników, kiedy stado znalazło wieloryba. W nagrodę dostawał jego wargi i język. Dość makabryczne, ale prawdziwe!
Tego dnia opuściliśmy Nową Południową Walię i zaczęliśmy zwiedzanie Victorii! Cały czas jedziemy przez piękne lasy i pola. Przyroda bardzo się nie zmieniła od Sydney, ale widać coraz więcej pustkowi i farmerskich terenów. Po zwiedzeniu kilku miasteczek nadmorskich w celu znalezienia miejsce na camping, w końcu trafiamy do Bemm River. Obieramy drogę na Pearl Point. Bardzo złą, nieutwardzoną drogę, nawet chcieliśmy zrezygnować… I dobrze, że tego nie zrobiliśmy. Po jakichś 20 minutach wyboistej polnej drogi, dojechaliśmy do darmowego campingu, który znajdował się tuż obok rajskiej plaży. Zostajemy.
Co to było za miejsce! Sam camping w zacienionym buszu, dookoła mnóstwo papug i innych stworzeń, busz jak to busz – bzyczy i hałasuje. Ale ma to swój urok :) Po rozbiciu naszego małego obozowiska, idziemy na plażę. Pierwsze wrażenie, oj jak wietrznie. Drugie spojrzenie, w prawo i w lewo. Widać na jakieś 15 km i nikogo… piękna, piaszczysta plaża i ani jednej osoby oprócz nas. Tego oczekiwaliśmy od Australii!
Na Binn Beach spędziliśmy całe popołudnie i kawałek następnego dnia, głównie na drzemkach na plaży, robieniu zdjęć itd. Planowaliśmy przejechać przez kilka mniejszych miasteczek, zwiedzić je, a docelowo znaleźć camping gdzieś na 90 Milowej Plaży. Udało się bez problemu, piękny teren, darmowy camping, ładna plaża. Jedno małe ale… Gdy uśmiechnięci wyszliśmy z samochodu, miny nam zrzedły. W ciągu 1 minuty zaatakowały nas tysiące komarów, ale takich, że nie można było wytrzymać! Ja nigdy czegoś takiego nie przeżyłem. W ciągu paru minut przyjęliśmy dawkę ukąszeń za co najmniej miesiąc. Oj nie, my tu nie zostajemy. Szybko wskoczyliśmy do samochodu i zupełnie w ciemno przejechaliśmy kilkaset kilometrów przez bezkresne pola, aby dotrzeć na McLaughins Beach. Na pierwszy rzut oka, szału nie ma. Ale po chwili okazuje się, że polanka jest, woda jest, jakiś szlak do chodzenia jest, więc czemu by tu nie zostać. Pochodziliśmy trochę po okolicy, obejrzeliśmy ładny zachód słońca i… schowaliśmy się przed komarami do namiotu :) W namiocie jeszcze długo oglądaliśmy piękne gwiazdy nad nami. Tego wieczoru, w akcie desperacji, kiedy już odjechali wszyscy ludzie z okolicy podjęliśmy udaną próbę umycia się całkowicie w 2 butelkach 1,5l wody, da się :]
Ostatni przystanek przed Melbourne to prawdziwa perełka – Wilsons Promontory Park. Jeden z najbardziej znanych parków w Victorii, piękny, dziewiczy i ekskluzywny, bo trzeba rezerwować miejsca (ograniczona liczba osób w tym samym czasie) z 6 miesięcznym wyprzedzeniem. Nam jednak udało się dostać zgodę na camping od ręki – tak oto jesteśmy w rajskiej krainie emu, kangurów, wombatów, wzgórz i lagun. Pogoda cudowna, spokojnie z 35C.
Camping przygotowany na tip top, jest wszystko, czego potrzebujemy, a nawet więcej (kino na otwartym powietrzu). Szybko ogarniamy, które szlaki chcemy obejrzeć i plany zwiedzania, plażowania i drzemania wprowadzamy w życie. Jest po prostu pięknie! Na BBQ robimy soczystego steaka, papugi polują na nasze pieczywo, kukabary drą się w lesie… idealny odpoczynek.
Ale dobre jaja zaczynają się wieczorem, pojechaliśmy na wskazane przez strażników miejsce oglądać emu i wombaty, oczywiście widzieliśmy tylko kangury, a co więcej, staliśmy pośrodku niczego w buszu, a obok nas stała… polska para :] Po powrocie z tej wycieczki stała się rzecz tak straszna, że szkoda gadać. Otóż, krótko mówiąc, zatrzasnęliśmy oba zestawy kluczyków w samochodzie. Nasze miny były nietęgie, mało nie skończyło się rozwodem (stało się to trochę z mojej winy)! Całe szczęście, że mieliśmy ze sobą kartę płatniczą i namiot rozłożony. Ale Kalina, była właśnie pod prysznicem i nie miała nawet majtek :] Trudno opisać, w jak fatalnym położeniu byliśmy. Do sensownego miasta z 150 km… No ale staramy się zachować spokój, jutro pogadamy z rangerami, może pomogą.
W międzyczasie atmosferę rozładowały wombaty. Gdy tak sobie w ciszy leżeliśmy, coś zaczęło kręcić się wokół namiotu. Dźwięk jakby wielka świnia wcinająca trawę. No i tak właściwie było, całą noc wokół naszego namiotu buszowały wombaty, wyrywając trawę, głośno ją żując, a na koniec chrumkając. W sumie było to bardzo zabawne, bo potykały się o linki i węszyły pod tropikiem.
Następnego dnia z samego rana poszliśmy do strażników, którzy w ramach pomocy dali nam druciany wieszak z przekazem „włamcie się albo wezwijcie pomoc drogową – 400$”. Na początku podjęliśmy rozpaczliwe próby włamania się, ale to tak jakby mi ktoś dał dwie igły i kazał otworzyć drzwi.
W ostatecznej rozpaczy krążliśmy po campingu szukając podejrzanych typów i pytając, czy nie umieją się włamać. O dziwo pomógł nam nasz sąsiad, ojciec 5 dzieci, które mu kibicowały :] Gmerał i gmerał tym drutem, aż go włoży do środka do samochodu i za pomocą małego haczyka złapał na drzwiach zapadkę i odchylił ją na tyle, że drzwi się otworzyły. Cud, radość, łzy, jakby Polska wygrała mistrzostwo świata w piłce nożnej. Co mogę napisać, to trzeba przeżyć! Ale już nigdy więcej, nigdy więcej takich stresów.
Całe szczęście, że ten dzień udało się uratować! Szybko się zebraliśmy i poszliśmy na piękną górę widokową, z której mieliśmy widok 360 stopni na cały park, coś pięknego. Pogoda zaczynała już powoli psuć, bo szło załamanie (front z Queensland), więc zrobiliśmy jeszcze kilka krótkich spacerów i rozpoczęło się Wombat Watch, czyli polowanie na wombaty. Pierwszego udało się zobaczyć jeszcze jak było jasno. W swój własny, ciapowaty sposób siedział pod jakąś przyczepą, wcinał trawę i drapał tyłkiem o jakąś rurkę :) tego wieczoru widzieliśmy jeszcze wiele wombatów i oposów ganiając po lokalnych krzakach z latarkami. Było bardzo fajnie.
Od następnego poranka zaczął się kolejny rozdział w naszej podróży, deszczowy rozdział. Namiot składaliśmy w ulewnym deszczu, co zaowocowało wielką kulą mokrego tropiku i błota w samochodzie. Nasz plan, Melbourne. Do miasta dostajemy się w miarę szybko, bo mamy z 200 km tylko.
Musimy znaleźć jakiś hostel, ale okazuje się to trudne, bo w informacji nie potrafią nam pomóc, a hostele z przewodnika są pełne. Pogoda jest pod psem, więc decydujemy, że robimy parogodzinny spacer po mieście i wieczorem uciekamy z niego. Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy. Uzbrojeni w parasolkę i kurtki idziemy na deszczowy spacer po deszczowym Melbourne.
Samo miasto wygląda nieco chaotycznie, ale robi dobre wrażenie. Szklane domy dobrze współgrają ze starą wiktoriańską zabudową. Podoba nam się kilka placów, stacja kolejowa, parę wieżowców. Tak właściwie, to jedynie rzucamy okiem na miasto, bo ciężko je zwiedzać przy tak fatalnej pogodzie. Spacer w deszczu po Melbourne kończy pierwszy etap podróży.

Kilka uwag po przejechaniu około 1300 km. Stereotypy o Australii, jako kraju typowo skupionego na plaży, są błędne. Znajduje się tu wiele ciekawych miejsc w środku lądu. Bardzo często jedzie się przez bezkresne pola, albo zbóż, albo pastwisk. Tak właściwie wygląda większość kraju (no poza pustynią, która stanowi WIĘKSZOŚĆ). Oczywiście, że na plaży zawsze jest ładnie, ale nie można poznać Australii nie zagłębiając się właśnie w tereny, gdzie królują samochody terenowe, krowy i kurz. My właśnie staramy się wypośrodkować naszą trasę tak, żeby poznać interior i jego charakter, ale też, żeby nadal co jakiś czas wypoczywać nad morzem.
Jak będzie wyglądać nasza dalsza trasa? Ciężko powiedzieć – katastrofalna powódź w Queensland zmieniła już nasze plany (mieliśmy wracać przez ten stan), a deszcze w Victorii i NSW też nie pomagają. Na razie jedziemy w stronę Południowej Australii, w najsuchsze z najsuchszych miejsc na tym kontynencie.

A oto nasze zdjęcia, niekoniecznie po kolei :)

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/SydneyMelbourne?authkey=Gv1sRgCKiogM2ssuSy3QE#5563110316402957938

Lepka kraina

Kto nie słyszał o Wielkiej Rafie Koralowej? Jest ona naj. Najstarsza, największa, najpiękniejsza, widziana z kosmosu i wiele innych. Wrotami do WRK jest Cairns; niezbyt duży kurort na północy Queensland. Tam właśnie udaliśmy się z w piątkę wraz z rodziną Kaliny, aby zobaczyć rafę i tropiki.
Pierwsze wrażenie i od razu Booooom, wychodzimy z klimatyzowanej hali przylotów i wita nas 35C i wilgotność 110%. Szybko pakujemy się do wypożyczonego samochodu i ruszamy do hostelu, a później do lasu deszczowego; nie ma czasu do stracenia, mamy 3,5 dnia! Naszą pierwszą atrakcją jest Daintree Rainforest na Cape Tribulation. Musimy do niego dojechać około 150 km, ale warto. Jest to drugi najstarszy las na świeci, po Papui Nowej Gwinei, kompletnie dziewiczy… Do tego prowadzi do niego niezwykle malownicza droga, która wije się po wzgórzach, plażach i lesie deszczowym. Mijając rzeki i przeprawy promowe wypatrumjemy krokodyli, ale nie udaje nam się żadnego dostrzec. Po drodze zatrzymujemy się kilka razy na rajskich plażach. Na jedniej z nich z przerażeniem patrze jak Kalina z Mamą chodzą po wodzie. Od razu dostają burę. Odruchowo weszły do wody, a w wodzie mogą być dwa najbardziej jadowite stworzenia na świecie, meduzy Irujandji i Box Jellyfish. Potem już pamiętały.
Po przekroczeniu Daintree River wjechaliśmy w prawdziwy, dziewiczy las deszczowy. Liany, gigantyczne liście i kształty drzew jakby Dali je namalował. Gdy wysiadamy z samochodu, pot leje się z nas litrami, jest potwornie duszno i gorąco. Ale równie pięknie. Wypatrujemy kazuarów, które są ikoną lasu deszczowego. Nie widzimy żadnego, ale to nic, widzieliśmy je w Koala Parku w Sydney, gdzie notabene ściskaliśmy miśki Koala!
Robimy sobie kilka spacerów po lesie, oglądając piękne drzewa mangrowe, motyle, ptaki i inne stworzenia. Zmęczeni, lecz usatysfakcjonowani wracamy do hostelu, aby wieczorem udać się na miejskie baseny. W Cairns mimo, iż to tropiki i w koło piękne plaże, to jest całkowity zakaz wchodzenia do wody z powodu słonowodnych krokodyli oraz meduz. Dlatego też są ogromne kompleksy publicznych basenów.
Kolejny dzień to wycieczka na Fitzroy Island. Z samego rana ruszamy promem z mariny w Cairns i po około godzinie jesteśmy już na wyspie. Jest piękna, cała to park narodowy. Wiemy, że rafa wokól niej jest wyeksplatowana, ale chcemy, aby rodzice Kaliny i Jaśmina doświadczyli wyspy tropikalnej i nauczyli się snorkelingu. Wypożyczliśmy niezbędny sprzęt do pływania oraz kubraczki przeciw meduzom, które są komiczne, co zresztą widać na zdjęciach! Znaleźliśmy bardzo ładną plażę i zaczęliśmy nurkowanie. Nie bylo tak źle, rafa całkiem fajna, co było widać po uśmiechach rodziniy Kaliny. Pierwsze wrażenie jest bardzo intensywne. Oprócz siedzenia na plaży i snorkelingu nic specjalnie więcej nie robiliśmy tego dnia na wyspie. Około 17.30 wróciliśmy do Cairns, gdzie resztę dnia spędziliśmy w basenie w naszym hostelu. Trzeba naładować akumulatory, jutro gwóźdź programu, wycieczka na rafę!
Z samego rana udajemy się do mariny i bez problemu znajdujemy mały katamaran ReefDayTripper. Wraz z załogą jest nas 20 osób, bardzo kameralni i niezwykle miło. Do rafy mamy ponad 2h drogi, więc relaksujemy się w słońcu na trampolinach, jest bajecznie i z klasą. Oto my, zwykli ludzie jesteśmy w tropikach na jachcie, płynąc na rafę. Kto by pomyślał.
Mimo obaw dziewczyn o bujanie, nikt nie wymiotuje i w dobrej formie docieramy na zewnętrzną Upolu Reef. Czas rozpocząć snorkeling! Mamy mały kłopot, bo nie mamy koszulek do pływania (myślelismy, że dostaniem kostiumy przeciwko meduzom, ale jak się okazuje, nie ma ich na rafie, tylko przy brzegu). Ja pływam polo, inni w sukienkach i czapkach, trzeba uważać, bo słońce tutaj nie zna miłosierdzia.
Ja, Kalina i Jaśmina zaraz po zacumowaniu idziemy na nurkowanie z butlą. Trema jest, bo nigdy tego nie robiliśmy, ale krótki instruktarz, kilka ćwiczeń i hop, jesteśmy na około 10 m. Wrażenie jest niezwykle, kompletna cisza, tylko Ty i Twój oddech. A w koło harcują różne dziwne stworzenia. Coś pięknego. W sumie pływamy wokół krawędzi koralu około 40 minut. Tutaj świat wygląda inaczej, nie ma fal, ruchu wody. Nawet rybki się tak nie boją. Nurkowanie mija nam bardzo szybko. Ale to nic, zaczynam snorkeling!
Oprócz 30 minutowej przerwy na pyszny lunch, cały dzień spędzamy w wodzie (podczas lunchu mam przygode z karmieniem z ręki (!) wielkich ryb wyglądających jak kolorowe flądry – są na zdjęciu. Jedna z nich łapie mnie za palec u nogi, którą zwiesiłem do wody, po chwili walki wypluwa go zostawiając parę rys :)). Widziemy tysiące pięknych ryb, kalamary, rekiny rafowe oraz co najpiękniejsze, cudowne, majestatyczne żółwie. Jest pięknie i wszyscy są zachwyceni. Żal wychodzić z wody, ale czas wracać do Cairns. Po drodze łapie nas, jak to w tropikach, popołudniowa burza. Mimo to bezpiecznie dopływamy do portu, gdzie oklaskami nagradzamy naszą fajną załogę. Byli zabawni i mili przez cały dzień, dzięki nim była to jedna z przygód życia!
Ostatni dzień w Cairns minął nam leniwie na zwiedzaniu miasta, robieniu zakupów oraz szukania restauracji, gdzie zjemy dobrą baramundi, lokalną rybę uważaną za przysmak. Wszystko to udało się zrealizować. Szczęśliwi, ale również umęczeni tropikami wróciliśmy do Sydney.
Ponownie pogoda dopisała nam. Mieliśmy dużo słońca i mało deszczu, którego w tropikach jest w bród. Warto dodać, a piszę to jakies 2 tygodnie po powrocie, że parę dni po naszym wyjeździe przez Queensland przetoczyła się i dalej przetacza powódź epickich rozmiarów. Gdyby tak padało, gdy my tam byliśmy, to jedyne, co byśmy zobaczyli, to pokój w hostelu!

Poniżej zamieszczamy zdjęcia z Cairns!

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/CairnsGreatBarrierReef?authkey=Gv1sRgCOnY07ml17u6lAE#

Dom na kółkach

Zawsze chcieliśmy to zrobić. Już gdy jeździliśmy na bilecie Interrail po Europie, z ciężki plecakami na naszych barkach, spoceni i zmęczeni, zawsze powtarzaliśmy sobie – tak podróżować, to by było coś. Wolność jak z plecakiem, a wygoda jak w hotelu. Nasze pragnienia spełniły się na wyspie północnej na Nowej Zelandii. Ale od początku… Po zakończeniu zwiedzania wyspy południowej, udaliśmy się do Christchurch, aby odebrać rodziców Kaliny z siostrą z lotniska. Oczywiśćie naczekaliśmy się na nich ponad 1,5h ponieważ, bardzo sptrytnie, chcieli nam przywieźć kanapki z Sydney (nowozelandzka służba celna jest chyba najbardziej rygorystyczna na świecie) i w rezultacie przetrzepali im całe walizki, a my czekaliśmy i czekaliśmy! Szczęśliwie udało nam się wyruszyć około 24.30 do Picton (około 350 km), z którego mieliśmy z samego rana prom. Droga w sumie była fajna, kręta i w całkowitych ciemnościach oraz przy padającym deszczu. Najgorsze było to, że po dociążeniu maksymalnie naszego samochodu (5 osób plus bagaż) nasze światła zaczęły oślepiać kierowców jadących z naprzeciwka, co zaowocowało tym, że każdy z mijających nas TIRów (setki) migał nam długimi i nas oślepiał. Jednakże, około 5.30 rano dotarliśmy do celu, gdzie czekaliśmy już na prom do Wellington.
Sama podróż promem była okej, fajnie było wyjść na pokład i pozmagać się z bardzo silnym wiatrem i bujaniem na falach (Wellington uważane jest za jedno z najbardziej wietrznych miejsc na świecie). Podróż minęła szybko i sprawnie choć byliśmy bardzo zmęczeni (zwłaszcza ja z Kaliny Tatą, gdyż całą noc na przemian jechaliśmy) i tylko Jaśmina zaliczyłą ‚kontrolniaczka’ w wyniku kołysania promu.
Na przystani promu musieliśmy złapać taxi, ponieważ nasza wypożyczalnia camperów była daleko poza miastem. Jakonże taxówka musiała być na 5 osób, to wybraliśmy dziwnego vana… Co to była za jazda. Kierowca miał okulary-lenonki, siwy kucyk do pasa i błędny wzrok, cały van w środku był w symbolach jakiegoś dziwnego kościoła, lampkach i choinkach, wszystko migało i było absolutnie niepowtarzalne. Okazało się jednak, że na miejsce trafiliśmy bez pudła, a nasz szalony kierowca był bardzo miły.
Kolejny szok przeżyliśmy w wypożyczalni. Pierwsze słowa na recepcji brzmiały „macie dzisiaj szczęście”! Dlaczego? Otóż nie ma już zamówionego przez nas campera na składzie, więc dostaniecie najnowszy model mercedesa ze wszystkimi bajerami, jakie są na rynku :) Czemu nie! Gdy jednak podjechał nim kierowca, to mina nam zrzedła, gdyż było to ogromny samochód, ultra nowoczesny. Obejrzeliśmy instrukcję obsługi (zero doświadczenia z camperami), podpisaliśmy setki dokumentów i Kaliny Tata, jako ochotnik, pojechał naszym nowym domem na kółkach. Pierwsze wrażenie to, że jest to ogromna przestrzeń w środku, duże, wygodne łóżka, dvd, lodówka, zamrażarka, piekarnik, kuchnia, prysznić, klop… wszystko. Druga, że strasznie głośno jak się jedzie, bo cały czas brzęczy i stuka zastawa. Bardzo podekscytowani ruszamy przed siebie, w bliżej nieokreślonym kierunku.
Pierwszy dzień zaczęliśmy dosyć późno więc przemieściliśmy się tylko na północ w stronę wybrzeża i zwiedziliśmy parę miasteczek, z których w pamięć zapadło nam Foxtone. Co jest charakterystczyne, to bardzo szerokie ulice i absolutny brak ludzi, godzina 17 i jakby przez miasto przeszła dżuma, nikogo nie ma. Wygląda to fajnie i sprzyja zwiedzaniu :) gdy zaczęło się robić ciemno, musieliśmy znaleźć nocleg. Polegając na GPSie kluczyliśmy po małych drogach i trafiliśmy na plażę, gdzie campingy był całkowicie zakazany i były różne szalbany. Nie chceliśmy żadnych kłopotów, więc ruszaliśmy dalej. Udało sie gdzieś zjechać i zaparkować około 22.30. Szału nie było, jeśli chodzi o miejsce, bo jak się okazało rano (a właściwie trochę wcześniej) mieliśmy 5m do torów i 5 m do autostrady, ale co tam, przygoda :). Tego wieczora widzieliśmy również przepiękne gwiazdy i jedliśmy pyszne steaki, mojego autorstwa (potem jedliśmy je codziennie :D). Trzeba przyznać, że jak 5 osób jest zmęczonych i nie może znaleźć miejsca do spania to amtosfera robi się nerwowa, tak też było w tym przypadku. Wtedy jednakże, widać jaką swobodę daje camper. Masz własną kuchnię, łazienkę, wodę i spanie. Stanęliśmy, gdzie chcieliśmy i bardzo wygodnie przespaliśmy noc.
Następnego dnia dzień był intensywny. Ruszyliśmy w stronę wulkanu Mt Egmont, który do złudzenia przypomina Fuji. Faktycznie, pogoda cudowna i z daleka dostrzegamy idealny stożek stratowulkanu. Pięknie ośnieżony i symetryczny. Szybko wybieramy miejscowość do której jedziemy, pada na Dawson Falls i po paru godzinach znajdujemy się na niezwykle malowaniczej, wąskiej drodze w nowozelandzkiej dżungli i docieramy pod stok wulkanu. Nie mamy czasu podjąć próby wdrapania się na niego, ale korzystamy z kilku okolicznych szlaków i robimy klasyczny bushwalking. Po drodze udaje nam się wejść pod wodospad i zrobić parę fajnych fotek. Pogoda dopisuje idealnie, nas jednak goni czas, wsiadamy więc do campera, zapominając oczywiście o zamknięciu szafek, które na pierwszym zakręcie huczą jak oszalałe! Kolejny cel, autostrada zapomnianego świata. Nazwa jest bardzo odpowiednia, gdy w Stratford mijamy ostatnią stację benzynową, wjeżdżamy w inny świat. Po chwili droga robi się wąska i kręta, a widoki cudowne i sielskie. Setki tysięcy owiec, wzgórz, lasów i puszczy. Wielkie paprocie i palmy. Od razu wiemy, że odcinka długości niecałych 200km nie uda nam się zrobić w jeden dzień! Droga wije się jak student po połowinkach i prędkość nie przekracza pewnie 30h, a do tego chybotliwy camper… Tata Kaliny podczas jazdy cieszy się jak mały chłopiec, który spełnia marzenie bycia rajdowcem w ciężarówce. Po drodze spotykają nas dwie bardzo fajne rzeczy, po pierwze w pewnym momencie na drogę wybiega z 500 owiec i otaczają nasz camper. Właściciel i psy próbują je zagonić do zagrody, a one i tak beczą w okół nas, piękny widok. Po drugie zatrzymujemy się w miejscowośći Whangamomona na piwo i kawę w miejscowym pubie. Miejsce zapomniane przez świat, w środku sami lokalni farmerzy i niepowtarzalna atmosfera. Obsługuje nas niezwykle miły barman, który z ciekawością słucha dlaczego do jasnej cholery jesteśmy po środku niczego na wakacjach i to do tego z kraju na drugim końcu świata. W pubie zbierają pieniądze z całego świata, więc podpisujemy sie wszyscy na 20 PLN i przybijamy na ścianie, ot nasz znak na końcu świata.
Tegoż samego dnia udaje nam się znaleźć bardzo urokliwy, darmowy camping nad piękną rzeką. Sceneria jest bajkowa, po drugiej stronie rzeki biegają dzikie kozice, a w lesie skrzeczy brązowe Kiwi (niestety nie wiemy, który to dźwięk, bo skrzeczy wiele ptaków).
Kolejny dzień to prawdziwe wyzwanie, dzisiaj idziemy na Tongariro Alpine Crossing, naszym celem jest zobaczenie wulkanów i krajobrazu księżycowego. Rodzice Kaliny, mimo wielkiego zachwytu przyrodą na NZ są zestresowani, bo nasza trasa to około 16km i 8h marszu. Startujemy z samego rana z Mangetepopo i idziemy w stronę malowniczego wulkanu Mt Nagauruhoe. Trzeba przyznać, że trasa mimo iż długa, to jest niezwykle malownicza. Z jednej strony piękne wodospady pod którymi nieco się chłodzimy, z drugiej piękne widoki i jęzory lawy po wybuchu z lat 70′, po których idziemy do góry. Po kilku godzinach wdrapujemy się do południowego krateru, gdzie robimy przerwę techniczną na sardynki i tuńczyka z puszki. Pogoda piękna, ale wieje koszmarnie. Zaczynaliśmy od szortów, a teraz mamy na sobie wszystko, co się da. Naszym celem było zobaczenie jezior wulkanicznych, a do nich jeszcze kawałek. Idziemy więc dalej w stronę Mt Tongariro. Po około godzinie walki z sypką glebą, kamieniami i wiatrem udaje się nam dotrzeć do celu. W nosie mamy wielkie zatyczki z pyłu wulkanicznego, wiatr dosłownie nas przewraca, ale całą grupą udaje nam się wejść na 2000 m. Kaliny rodzinka, mimo iż wyczerpana, to bardzo z siebie zadowolona, podziwia widoki, którę są nie z tego świata. Kolorowe jeziora, kolorowe skały, kratery, dymiące otwory… to wszystko składaj się na krajobraz rodem z Marsa. Robimy dziesiątki fotek i zaczynamy wracać do naszego campera. Powrót jest bardzo nużący i długi ponieważ mamy około 8 km w dół. Ja czuje kolano i mam rozwalone buty, a inni również zmęczeni i obolali. Po około 2h udaje nam się dotrzeć do campera. Jesteśmy bardzo zmęczeni, ale to był piękny dzień. Dzisiaj, już nie śpimy na dziko. Udajemy się prosto nad największe jezioro w NZ, jezioro Taupo, tam śpimy na luksusowym Top 10 Holiday Park, gdzie ładujemy baterię w camperze i bierzemy kąpiel w termalnym basenie. Jutro kolejny wielki dzień, największa atrakcja wyspu północnej, Rotorua i okolice.
Czym jest Rotorua? To jeden z najbardziej aktywnych wulkanicznie obszarów na ziemi. Czuć ją zanim się zobaczy. Gdy jedziemy autostradą to z daleka widać opary unoszące się z lasów, to źródła termalne, może lawa, a może poprostu gejzery. Wejście do każdego z parków jest dosyć drogie, więc my po przeczytaniu opisów w Rough Guide decydujemy się na Wai-o-Tapu Geothermal Wonderland. Podobno najlepszy z parków.
Pierwsza atrakcja to sławny gejzer Lady Knox. Sprawa jest niby trochę dęta, bo sam gejzer wybucha co 24 do 72h, natomiast, żeby ludzie to widzieli, to wybuch jest stymulowany codziennie o 10.15. Jak? A za pomocą płatków mydlanych. Jeden z rangerów wrzuca do środka garść płatków i w wyniku zmiany napięcia powierzchniowego ciepła woda miesza się z zimną, gdzieś tam w komorze i gejzer eksploduje na 20 m w górę. Jak dla mnie bomba, wygląda bardzo efektownie. Po lady Knox udajemy się do parku geotermalnego. No a tutaj cuda świata i inne dziwy. Gotuje się błota, rzeka z wrzącą wodą, bulgoczący arszenik, żółta siarkowa jaskinia i wiele innych. Chodzimy nieco jak zaczarowani i z uśmiechem na ustach wdychamy opary o zapachu zgniłych jaj. Oczywiście mamy niedpartą pokusę sprawdzenia, czy ta blugocząca woda w dziurze to serio jest gorąca i wkładamy do niej palce, wyjmując je po sekundzie z długim „ajjj”. Kaliny mama przysiada również na kamieniu, wstając z piskiem po chwili. Co się okazuje, z małej dziurki jak z czajnika wali gorąca para. W innym miejscu natomiast czujemy jak ciepło przebija przez sandały i zdejmujemy je. Ziemia ma spokojnie z 50C, nie można ustać w miejscu na bosaka. Pod nami płynie lawa! Pare godzin chodzimy i zwiedzamy ten zupełnie odlotowy park. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Ale to nie koniec, znajdujemy ulotkę, że gdzieś obok (10km) jest camping, gdzie jak się zatrzymamy, to mamy darmowe baseny z ciepłymi źródłami. Nie wahając się ani chwili jedziemy w to miejsce i zatrzymujemy się na noc, 20 $ od osoby a wejście na baseny normalnie kosztuje 16$, to jest okazja. Nie dłużej niż po 20 min już jesteśmy w termalnych basenach gdzie woda ma od 32C do 42, w zależności, który się wybierze. Co to za błogość, wszyscy z sennośćią na twarzy oglądamy lokalne drzewa, słuchamy szumu wrzącego strumienia gdzieś obok i relaksujemy się pare godzin. Wieczorem jedziemy jeszcze zobaczyć miasto Rotorua, gdzie po krótki spacerze lądujemy w pubie, z muzyką na żywo. Mimo, iż kolejnego dnia chcemy rano wyjechać, to jeszcze około 7 rano, przy wschodzącym słońcu plsukamy się w naszym SPA i patrzyma jak para unosi się nad naszym basenem. Szczypta luksusu jest czasem potzrebna :)!
Kolejny cel to Bay of Plenty na północy wyspy. Czas pokazać Rodzinie Kaliny plaże! W sumie zwiedzamy dwie, Papamoa Beach pod Tauranga i Waihihi Beach pod Waihihi. Obie z nich są bardzo ładne, a my czas spędzamy relaksując się w pełnym słońcu i skacząc przez fale w całkiem ciepłym morzu. Tak leniwie mija nam dzień na zwiedzaniu wybrzeża i oglądaniu luksusowych osiedli w tym najbardziej rozwiniętym zakątku NZ.
Tego wieczoru zmierzamy już w stronę Auckland i szukamy fajnego miejsca do spania. W pewnym momencie na brzegu zatoki widzimy rząd około 30 camperów, zjeżdżamy więc w okolicach Kaiaua i rozbijamy się nad zatoką Firth of Thames. Widok cudowny, wielka równina pływowa na około 300m w głąb zatoki. Ja w przypływie radość chcę iść w stronę wody i okazuje się, że po kostki zapadam się w szlam tak lepki i śmierdzący, że szkoda gadać :) Nie zmienia to jednak faktu, że jest pięknie! Co ciekawie, jest to jedno z niwielu miejsc, które całkowicie zbudowane jest z muszelek. Nie ma ziemi, nie ma piesku, cały półwysep jest z muszelek małż i ślimaków. Wygląda to bardzo abstrakcyjnie. Tak oto z cudownym zachodem słońca spędzamy ostatnią noc w naszym camperze. Kolejnego dnia z żalem się zbieramy i jedziemy do Auckland, gdzie poruszanie się camperem okazuje się koszmarem! Udaje się jednak gdzieś zaparkować. Mamy 2h w mieście, więc po krótkim spacerze udajemy się na Sky Tower, żeby zobaczyć panoramę tego malowniczego miasta. Wieża ma 328 m, więc widok zapiera dech i daje nam pojęcie jak wielkim miastem jest Auckland, jak dużo ma wysepek i zatoczek. Po jakiś 40 min wracamy na ziemię i udajemy się oddać campera i na lotnisko.
Tak skończyły się nasze dwa tygodnie na Nowej Zelandi. Kraj ten niczym nas nie rozczarował, opinia, że jest to raj na ziemi nie jest przesadzona. Mimo, iż jest to kraj rozwinięty, to jednak są tu zakątki nietknięte, zupełnie dzikie. Można ich doświadczyć jeżdżąc samochodem po bezdrożach oraz autostradach. Jesteśmy zupełnie zachwyceni tym, co widzieliśmy i zachęcamy do odwiedzenia Nowej Zelandii, bo nikt, kto nie szuka zgiełku miasta jako rozrywki, nie będzie czuł się rozczarowany. Do wyboru dwie różne wyspy… a jednak piękniejsza od drugiej.
Słów kilka należy się również bohaterowi wyjazdu, camperowi. Sprawdził sie w 110%, daje poczucie swobody i bezpieczeństwa. Nie jest tak szybki, jak samochód, ale nie zamieniłbym go na nic innego, jeśli miałbym ponownie przyjechać na NZ. Śpisz jak w domu, ale to Ty wybierasz, gdzie jest Twój dom dzisiaj. Rewelacja!

Poniżej zamieszczamy trochę zdjęć; możliwe, że nie wszystkie są po kolei, ale w sumie co to za różnica :)

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/WyspaPoNocnaNowaZelandia?authkey=Gv1sRgCI2S0quwxr3gMQ#

Na krańcu świata

To nie będzie łatwy wpis. Właśnie jesteśmy w samolocie z Auckland do Sydney. Po 14 dniach wracamy z Nowej Zelandii. Jak się udało? Udało się fantastycznie, wszystko dopisało… ale o tym później. Nasz wyjazd do Nowej Zelandi zaczął się od najgorszego dnia w Sydney, jaki do teej pory mieliśmy. Od samego rana lał deszcz, a my byliśmy w proszku i lataliśmy jak poparzeni, żeby wyrobić się ze wszystkim na czas. W wyniku niebywałego pecha 2h przed wyjazdem na lotnisko bankomat zjadł mi kartę kredytową, na którą mieliśmy wszystko zamówione. No to problem, szybko do banku, gdzie informują nas, że nic nie mogą zrobić. No nic, wracamy do domu i dzwonimy do naszych dwóch wypożczalni samochodów, Apex’u i Maui, żeby zmienić kartę na Kaliny, udaje się. Tracąc na to jakies 1,5h zostało nam 30 min i było to bardzo nerwowe 30 min. Robiąc ostatnie porządki, gdy wchodziłem na strych wysunął mi się laptop Kaliny, który niczym piłka na fliperach odbijał się od schodów i porączy, aby ostatecznie spotkać się z podłogą. Cud, że nie rozpadł się na pół. Ale zniszczenia były widoczne, czy będzie działać to się zobaczy. (Przypis: okazało się, że jest pancerny – działa i ma tylko ryski!)
Po jeszcze kilku kłopotach na lotnisku, udaje nam się szczęśliwie dolecieć do Christchurch, gdzie odbieramy nasz zamówiony Nissan Wingroad. Mają tutaj ciekawy zwyczaj, samochód stoi na publicznym parkingu z wielką kartką „Apex welcomes Paweł Kusiak”. Kluczyki są w środku, samochód otwarty. W Polsce nie-do-pomyślenia! Baliśmy się bardzo o jakość samochodu, bo przez najbliższe 7 dni miał być nam domem i transportem. Zaskoczenie bardzo miłe, bardzo ładny nowy samochód, kombi, pełen automat. Zaraz, zaraz… my nigdy nie używaliśmy automatu. Jedyne co wiemy, to że P to sie stoi, D to się jedzie, a R to się cofa :) Po krótkiej nauce na parkingu szybko łapiemy, jak to wszystko działa i pełni zapału ruszamy na kompletnie puste drogi Południowej Wyspy. Jest godzina 24, gdzie jedziemy, tego jeszcze nie wiemy!
Nie sposób, żebym dokładnie opisywał każdy dzień i każdą atrakcję, którą widzieliśmy bo niezbyt mi się chce to robić, a i czytać by się nikomu nie chciało. Postaram się więc opisać jakieś największe atrakcje i generalne spostrzeżenia.
Południowa wyspa jest miejscem bardzo ciekawym i niezwykle różnorodnym. Pierwszą rzeczą, o której warto wspomnieć, to jazda samochodem. W sumie przejechaliśmy ponad 3 tyś km po każdym typie drogi. Przyjemność z jazdy jest ogromna. Drogi są dobrze przygotowane a widoki zapierają dech. Naprawdę, jeśli człowiek chciałby w każdym ładnym miejscu zrobić zdjęcia, to trzeba stawać co 3 min. Jeździ się po cudownych serpentynach w wysokich górach lub w kompletnie zielonych dolinach z delikatną trawką, pagórkami i owcami. Kilka tras wymagało faktycznie jakichś tam umiejętności, bo np bywały bardzo strome zjazdy z 40 zakrętami po 180 stopni z rzędu. Z drugiej jednak strony ludzie jeżdżą bardzo spokojnie, nikt nie wariuje, a co chwilę są pasy do wyprzedzania. Nasze kombi spisywało się świetnie. Automat jednak ułatwia sprawę, bo tutaj ruszanie pod górkę, wyjazdy strome na autostrady z parkingów są normalnością. Poza tym sam redukuje biegi w górach, więc człowiek nie ma się czym przejmować.
Wróćmy jednak do naszej wyspy. Pierwszej nocy zdecydowaliśmy się pojechać nieco w głąb wyspy, w stronę gór, aby od rana gdzieś pójść. Dosyć losowo zjechaliśmy pod las i spaliśmy na pace naszego kombi, dosyć twardo, bo mamy tylko śpiwory, ale wygodnie. Z samego rana budzi nas deszcze – no tak, to Nowa Zelandia, jeszcze TA wyspa, to przecież kraina deszczu i wiatru. Na szczęście to był ostatni taki poranek… :)
Od tego momentu aż do końca wyjazdu pogoda dopisywała nam w 99% przypadków, co jest bardzo szczęśliwym zbiegiem okoliczności, z którego można się cieszyć. Dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć widoki, które nie zawsze są widoczne dla turystów. Pierwsze wrażenie po chwili jazdy w dzień, to zieleń, kwiaty, owce (oczywiście) i góry. Przy drogach morza kwiatów w różnych kolorach, a na pięknych wzgórzach widać soczystą zieleń traw i drzew wraz z owcami, jeleniamia i krowami. Z czasem dojeżdżamy do pierwszego z wielu pięknych jezior. Scena jak z bajki, piękne turkusowe jezioro, lekkie chmurki, błękitne niebo a w oddali Alpy z górującą Mt Cook, najwyższą górą Tej części świata. Po setkach zdjęć decydujemy sie na spacer na pobliską górę, aby obejrzeć widoki. Zupełnie przypadkiem okazuje się, że owa góra jest jednym z najlepszych punktów do obserwacji gwiazd i jest miejscem, gdzie jest się najbliżej nieba. Na dodatek jest to miejsce z najczystrzym powietrzem na półkuli południowej. No cóż, nie ukrywamy, było pięknie. Opisywanie nie ma zbytnio sensu, warto zobaczyć zdjęć, która i tak nie do końca oddaję tego, jak pięknie łączyły się tam kolory.
Z przewodnika wiedzieliśmy, że warto poszukać wjazdu na nieco dziki camping nad jeziorem Pukaki. Nieco przypadkiem udało się go znaleźć i tutaj to dopiero były widoki. Cudowne jezioro z Mt Cook, górującą nad nim oraz cała panorama Alp. Na campingu nie ma nikogo, a my my już nieco wczorajsi postanawiamy się umyć pod kranem, który wystaje z ziemi. ‚Tutaj nigdy nikt nie zagląda’ mówimy do siebie i rozbieramy się do rosołu. Głupim sprzyja szczęście, bo 5 minut po ubraniu się przyjeżdża jeden samochód, a po chwili cała wycieczka mały autokarem. Nie zmienia to faktu, że miejsce było cudowne w każym calu, a wieczorem oglądaliśmy zachód słońca pijąc białe wino, z którego Nowa Zelandia słynie.
Kolejnego dnia zaliczyliśmy rownież kąpiel w lodowcowym jeziorze, Kalina w całości, ja tylko do pierwszego wrażliwego miejsca na moim ciele :) Zobaczyliśmy również bardzo malownicze gliniane klify, gdzie w dziuplach mieszkały tysiące ptaków. Opis brzmi tak sobie, ale każde z tych miejsc było piękne i nie sposób wszystkiego napisać. Pod wieczór planowaliśmy oglądać pingwiny w Oamaru. Misja zakończyła się sukcesem. Widzieliśmy jak wracają do gniazd pingwiny żółtookie, a jednego nawet udało się obejrzeć z jakiś 10 m. Trzeba zaznaczyć, że są to bardzo zagrożone wyginięciem zwierzęta i bardzo płochliwe, więc ogląda się je z daleka.
Straszliwie zmarzliśmy podczas tego oglądania, ponieważ na południowej wyspie bryza od morza bywa zimna. Jednakże tego dnia nadal planowaliśmy pójść, już w nieco bardziej sztucznych warunkach, obejrzeć najmniejsze pingwiny na świecie, niebieskie. Ważące okolo 1kg. Kupiliśmy bilet za 20 $ i usiedliśmy jak w teatrze, aktorzy pojawili się szybko i w dużych ilościach. Od 20 do 22 do gniazd wróciło około 250 pingwinów, w grupach co kilkanascie minut. Wyglądają bardzo komicznie, jak starają się nieporadnie wbiegać po skałach. Potem posłuchaliśmy jak pingwiny śpiewają i pooglądaliśmy je w pomarańczowym świetle w naturalnym środowisku (pingwiny nie widzą pomarańczowego, więc dla nich było ciemno).
Kolejny dzień był dosyć długi męczący ponieważ mieliśmy bardzo dużo kilometrów do przebycia a i dużo do zobaczenia. Jedziemy na najbardziej południowy koniec wyspy, gdzie nie ma zasięgu, nie ma nikogo, jest tylko przyroda. Po drodze robimy szybki postój w malowniczym mieście Dunedin, która do złudzenia przypominało mi Aberdeen ze Szkocji, jak się okazuje, miasto ma silne szkockie korzenie. Po postoju na szybkie zwiedzanie Dunedin i uzupełnianie zapasów w markecie udajemy się do The Catlins, koniec świata na końcu świata. Drogi tutaj są cudowne a widoki nie do opisania. Zaciągamy języka w jednej z wielu informacji turystycznych (Kraj ten jest w 120% przygotowany na turystów, informacje są wszędzie, z mapami, broszurami i ciekawostkami).i udajemy się kolejno na Nugget Point, gdzie mamy idylliczną latarnię na zielonym wzgórzu z pięknymi skałami wokół których skaczą delfiny Hooker’a. Potem zgodnie ze wskazówkami jedziemy oglądać słonie morskie na jedną z lokalnych plaż, niestety, nie spotkaliśmy żadnego, może następnym razem! Jeszcze tylko jeden z wielu wodospadów w okolicy i możemy spokojnie szukać noclegu. Jeździmy przez miasta-duchy, gdzie nie ma nikogo na ulicach, tylko hula wiatr. W jednej z miejscowości zatrzymujemy się w lokalnej knajpie na burgera, na którego musimy czekać zbyt długo, a nie smakuje wcale jakoś bardzo dobrze. Po dłuższej chwili udaje nam się znaleźć nocleg na samiutkiej plaży w Riverton, jednej z najbardziej wysuniętych na południe plaż. Morze szumi, mewy się drą, jest pięknie. Idziemy spać wcześniej, bo jutro wielka atrakcja, Fiordland!
Zacznijmy od tego, Fiordland jest drugim najbardziej mokrym miejscem na świecie, po górach w Thaiti. Tutaj rocznie spada 7m desczu! Ale nie znami te numery. Niebywale malowniczą drogą z samego rana wjeżdżamy w krainę wielkich zboczy, pięknych dolin, kwiatów, potoków i sandflies (dużych meszek).Ja wiem jedno, nie umiem opisać jak to cudownie wygląda przy bezchmurnym niebie. Nie wiemy gdzie patrzeć, tyle jest cudownych miejsc. Docelowo mamy dojechać do Milford Sound, jednakże we wcześniejszym mieście Te Anau decydujemy, że tak piękny dzień spędzimy na spokojnie, a jutro zaatakujemy fiordy. Z wielką radością bierzemy kąpiel w jeziorze polodowcowym, a potem wspinamy się na całkiem wysoką górę, gdzie widoki są fantastyczne. Wszystko układa się doskonale i tuż przed Milford Sound zatrzymujemy się na bardzo ubogim campingu, za którego płacimy 5$ od osoby. Nie ma na nim nic oprócz kibli… oraz cudownego Gunn Lake, na brzegu którego leniwie opalamy się, jemy i pijemy do końca dnia.
Pobudka dnia następnego była przykra, bo jeszcze trochę krętej drogi zostało do przejechania, a chcemy złapać pierwszy prom na fiordy. Ponownie wszystko udaje się cudownie i łapiemy pierwszy prom Discovery o 9.15, miła niespodzianka, śniadanie w cenie. Tego dnia pogoda nie jest idealna i chwilami pada deszcz. I bardzo dobrze. Fiordy są wtedy piękne. Po pionowych zboczach płyną setki potoków a do okołoa widać dziesiątki wodospadów. Postrzępione chmury stwarząją bardzo upiorną atmosferę… w takim klimacie udajemy się na 1.5h rejs. Straszliwie wieje, ale widoki są cudowne, przepiękne góry, wodospady, foki na nielicznych płaskich skałach. Bajka. Mimo zimnego wiatru całe 90 minut podziwiamy wszystkie atrakcje naturalnego cudu jakim jest Fiordland jedno z ostatnich, zupełnie nietkniętych miejsc na ziemi. Bardzo nieprzyjaznych, ale i bardzo pięknych.
Z Milford Sound nasza trasa prowadzi do Queenstown, mekki sportów ekstremalnych, najbardziej snobistycznego kurortu górskiego w NZ. Kalina zgłasza się na ochotnika i nieco z duszą na ramieniu (chwilami) lecz bardzo pewnie pokonuje górskie drogi fiordów i tak oto, po kilku godzinach i nieskończenie wielu cudwonych widokach, jesteśmy na miejscu. Tego dnia święto, śpimy w hostelu, czas podładować akumulatory i wziąć prawdziwy prysznic! Ale my nie o tym… Miasto zaskakuje nas bardzo pozytywnie, jest zadbane w każdym calu, bardzo stylowe, piękne. Z wielką przyjemnością snujemy się po sklepach i parkach, spokojny dzień nam się przydał. Co więcej, za radą naszej recepcjonistki udajemy się na Ferg Burgera, podobno najleszpego na świecie i trzeba przyznać, że jest cudowny. Ja mam dylemat czy wziąć małą owieczkę czy słodkiego jelonka (Little Lamby czy Sweet Bambi), decyduje się na sarnine i zjadam ją z wielką przyjemnością. Kalina bierze burgera z rybą (Codfather) i tak oto w porcie spożywamy nasz obiad :) Po mieście nie chodzimy zbyt długo, bo jutro czeka nas istny maraton, musimy przebić się aż do Pancake Rocks, zobaczyć lodowiec i parę innych rzeczy.
Dzień zaczynamy Arrowtown pod Queenstown gdzie mamy świetnie zachowane miasto z czasów gorączki złota. Budynki są kapitalne, a atmosfera bardzo ciekawa. Takiego miasteczka jeszcze nie widziałem. Po paru ładnych godzinach jazdy w końcu docieramy do lodowca Franz Josef. Zanim jednak to się stało, dokonujemy jednego z najlepszych wyborów w życiu i zajeżdzamy na farmę łososia. Nie chcemy jeść drogich dań, więc kupujemy ładny kawałek wędzonego na zimno łososia, świeży chleb i okazuje się połączeniem doskonałym. O samym smaku tego łososia mógłbym zrobić osobny wpis. Nigdy nie jadłem tak dobrej, pełnej smaku ryby, przy okazji tak rozpływającej się w ustach. Coś niesamowitego. No ale po tej uczcie pod lodowcem wybieramy się na jego podbój. Żaden to tam podbój, bo trasa jak dla emerytów, ale mimo lekkiej mrzawki po około 40 min dochodzimy do lodowca. Robi duże wrażenie, a jest to lodowiec ciekawy, bo jest zaledwie 250m npm. To bardzo mało jak na lodowiec, poza tym ciągle przyrasta, jest położony w środku lasu deszczoweg, a do około latają górskie papugi. Tutaj wszystko jest kompletnie popieprzone i do góry nogami :) Około godziny 17 wyruszamy dalej, a drogi przed nami dużo. Ja tego dnia prowadziłem około 10h i przejechałem ponad 700km, głównie po górach. Pod koniec dnia czekały nas skały-naleśniki, które okazały się bardzo ładne, szkoda tylko, że pływ był niski bo nie było słychać blowholes (dudniących skał), z których są znane. Gdy kończyliśmy zwiedzać Pancake Rocks było już ciemno, a my nadal nie wiemy, gdzie śpimy. Przez przypadek udało nam się znaleźć małą dróżkę, która to nas wyprowadziła w bardzo ustronne miejsce nad samiutką plażą.
Ostatni dzień naszego pobytu sprowadzał się głównie do przebicia się przez Arthur’s Pass do Christchurch, gdzie wieczorem odbieraliśmy rodzinę Kaliny. Oczywiście widoki były piękne, ale zdecydowanie najfajniejszym doświadczeniem było spotkanie Kei, jednego z symboli NZ. Jest to papuga, która żyje wysoko w górach i jest ich tylko 5 tyś sztuk. Niestety jest bardzo szczwana i lubi ludziom kraść jedzenie, co często ją zabija. Nam udało się ją zobaczyć (4 sztuki) na jednym z punktów widokowych około 1500 mnpm.
Tak oto po 7 dniach wróciliśmy do Christchurch, które jest ładnym miastem, ale bez szału. Nadal widoczne są skutki trzęsienia ziemi, które było to parę miesięcy temu. Zrobiliśmy sobie, krótki spacerek, skoczyliśmy do hinduskiej restauracji na jakieś curry i zakończyliśmy przygodę z wyspą południową. Coś się kończy coś zaczyna, czas na wyspę Północną, krainę wulkanów.
Jak mógłbym podsumować południową część NZ? Przede wszystkim przestrzeń i przyroda. Za każdym zakrętem kryje się zakątek, który w Europie byłby parkiem narodowym. Niesamowite ilości tak pięknych miejsc, że nawet ciężko to opisać. Spokojnie można by tu spędzić i 2 miesiące. Nam jednak udało się w 7 dni zrobić całkiem pokaźne kółko i zobaczyć kilka ‚hitów’. Jesteśmy całkowicie zadowoleni z trasy i pogody, która nam dopisała. Nowa Zelandia przyjęła nas z otwartymi rękami a my również daliśmy jej buzi :)
Kończe wpis, powoli samolot zaczyna lądować w Sydney, a poza tym chyba zaczynam przynudzać. Żaden opis tego nie odda, trzeba tego dotknąć, zobaczyć i doświadczyć. Relacja z drugiej wyspy niebawem!

Pozdrawiam!

Zdjęcia :)

http://picasaweb.google.com/112869112662431971731/NowaZelandiaWyspaPoUdniowa?authkey=Gv1sRgCP7A8YaW9oWliQE#